LEKCJA WYCHOWANIA FIZYCZNEGO!
Największy koszmar dobrze prowadzącego się ucznia każdego poziomu polskiego szkolnictwa zaczynając od przedszkola skończywszy na studentach kończących właśnie ósmą habilitację. Misterne i liczne reformy przeprowadzane niemalże co roku, które miałyby zrewolucjonizować lekcję wf, doszczętnie pogrążały i coraz bardziej uprzykrzały życie uczniom.
Samo wejście do męskiej szatni i przebranie się w niej graniczy z cudem. Klasy są zawsze kretyńsko łączone i zawsze, ale to zawsze szczęśliwie trafiam na współdzielenie jej z matfizem- największe męskie skupisko rozpaczliwie wyjących o sex, wszech czasów.
Typów uczniów jest kilka. "Gorylki", którzy nie wyobrażają sobie życia bez wychowania fizycznego. "Chorobowicz", który tak się zawsze składa, że akurat zginął strój, mama zapomniała go wyprasować, czy przeziębienie się zdarzyło i zwolnienie jest. Przy dobrych wiatrach i sprzyjającym nauczycielu- przechodzi. Są też "przeciętni", tacy dla których wf to lekcja jak lekcja, nic specjalnego. "Zwolnieni" to typ, który nie męczy się podrabianymi zwolnieniami i załatwił sobie całoroczne zwolnienie. Co sprytniejsi mają tzw. okienko, a nie umiejący sobie poradzić siedzą na ławce przez 365 dni i umierają z nudów, bo po co wziąć coś do poczytania, pogrania, etc.
Smród w szatni jest niesamowity, bo nie dość, że pomieszczenie wielkości metr na dwa ma pomieścić 30 osób, to jeszcze brak w nim okna i jakiejkolwiek wentylacji. Nie spotkałem jeszcze nigdy szkolnej szatni wyposażonej w ten luksus. Ławka stoi jedna, nad nią wieszak i kto pierwszy ten lepszy, reszta? Reszta musi rozłożyć się na brudnej podłodze.Czy my prosimy o tak wiele? Do szczęścia wystarczy okno i troszeczkę więcej miejsca.
O czym się mówi, przebierając się? Tylko o rzeczach bardzo, ale to bardzo ważnych i fundamentalnych, można by rzec, że nawet fundamentalnych dla egzystencji każdego przeciętnego Kowalskiego: wczorajsza impreza w Eight, nowa dupa Łysego, mecz w krykieta, głupie zadanie z "polaka" i wiele innych, typowych tematów.
- Ty, nie ogoliłeś się wczoraj, co?- mówi jeden do drugiego klepiąc go po klacie.
- No nie miałem kiedy, zapomniałem.- tłumaczy się drugi.
- Widzę, widzę! Busz ci się na klacie i pod pachami niezły zrobił.- śmieje się dumny z żartu pierwszy.
...
To mówi samo za siebie.
Kiedy jakimś cudem uda nam się wyrobić w 10 minut zejść do podziemi z ostatniego piętra, przecisnąć między "gorylkami", znaleźć kawałek miejsca w szatki i przebrać nadchodzi czas na 45 minut męczarni. teraz to tylko od losu zależy, czy będziemy cierpieć trochę czy bardzo, to znaczy czy trafi nam się gra w ping- ponga, siłownia, czy nie jad Boże sala gimnastyczna. Pech chciał, że sala gimnastyczna. Wuefista zgarnia podekscytowanych matfizów i wkraczamy na złą stronę mocy. Nie ukrywajmy to jest jedyny powód ich egzystencji w szkole, na który czekają cały dzień, cierpiąc na "polaku", "matmie", "bioli", "anglu" i jeszcze paru innych.
Rozgrzewka. Od podstawówki ta sama, tylko ilość dodatkowych "pompeczek" i brzuszków zwiększa się radykalnie z roku na rok. Koledzy wyraźnie zniecierpliwieni, że muszą biegać, podskakiwać i wymachiwać rękoma, kiedy kosz czy bramka już czekają. Największym błędem jest przekazanie w ich posiadanie podczas rozgrzewki piłek na przykład siatkowych. Ściany, okna i ławki bardzo cierpią, cierpią także ci nieuważni, którzy nie uciekli lub nie zaopatrzyli się w kask i ochraniacze. Rozkładana jest siatka i gramy. Podział na drużynach i modlitwa, żeby akurat było nas za dużo i ktoś musiał siedzieć.
"Nie, ja chcę grać, ale widzę, że wy bardziej, to ja posiedzę i zmienimy się później". I w taki sposób mamy z głowy czasem całą lekcję, a przynajmniej dopóki nie zorientuje się nauczyciel.
Ale niestety nie zawsze szczęście się uśmiecha! Kiedy jednak trzeba wejść na boisko to co jakichś czas trzeba pobiec za piłką, starać się odbić przynajmniej raz, nie budząc podejrzeń, egzystować, aż mecz się zakończy i uważać, żeby ktoś nie wpadł na głupi pomysł i nie podał do mnie piłki, co jest najgorszym z najgorszych. Trzeba ją szybko przekazać dalej kompetentniejszym od siebie i kombinować dalej.
Lekcji koniec!
Nie wierzę, że jednak czarny punkt dnia dzisiejszego minął.
Pozostaje tylko jeszcze zawalczyć, wstrzymać powietrze i przebrać się. Dojrzewający nastolatkowie, nie daj Panie perfumujący się po lekcji to jest coś, co pozostanie na pewno na całe życie w mej pamięci. Prysznice? Ależ oczywiście, że każda szkoła posiada prysznice! Ale po co je otwierać? Przecież można śmierdzieć cały dzień, uprzykrzając życie innym. Jeszcze tylko jeden drugiego szczypnie w tyłek (to może jednak dyrekcja wie co robi!), żartobliwie ściągnie majtki, czy zabierze buty i można szczęśliwie wyjść z myślą, że na dziś fajrant! Fajrant i nawet sprawdzian z historii i odpowiedź z chemii tego nie zmieni!
Lekcji wf w tygodniu jest trzy sztuki. Jedną mam za sobą. Jeszcze tylko dwie, jeszcze tylko dwie... dam radę, dam radę...
Nie... coś mnie rozkłada, chyba się rozchorowuję! Pozostaje jeszcze zwolnienie...
poniedziałek, 24 stycznia 2011
wtorek, 12 października 2010
Tri-pri-dupo-moto-groto...
Kocham poniedziałki!
Zaczynamy w tym roku każdy piękny poniedziałek cudownym tworem pracy wielu lat ministerstw edukacji jakim jest chemia. Pani Karlicka jest jeszcze grubsza i jeszcze piękniejsza. Niekoniecznie mieści się już w swoje zasłoniaste kostiumy, które pamiętają chyba jeszcze czasy Napoleona. A zapomniałem wspomnieć jest jeszcze większą cholerą niż była.
Lekcję zaczęliśmy cudnym stwierdzeniem, dość ulubionym ostatnio: "Niech wam chemia lekką będzie!" i rozpoczął się monolog. No lekcją, a tym bardziej dialogiem nazwać tego nie można, bo żeby dialogować to trzeba wiedzieć o czym się chociaż co 1000 słowo mówi. Mówiliśmy o jakichś tam węglowodorów ich pochodnych itp. Klasa ożywiła się dopiero po jakichś 20 minutach kiedy padło słowo "alkohole". Ożywienie nie potrwało za długo, bo jak się okazało degustacji nie będzie. Karlicka po monologu zaczęła pisać jakieś skomplikowane, a do tego nikomu nie potrzebne konstrukcje. Kobieta była w swoim żywiole!
-Przepisaliście?
-Nie!- wybuchnęło.
-No to mażemy- odpowiedziała podniecona, jak po viagrze Karlicka z szyderczym uśmiechem.
Na tablicy tryliard kresek, milion chlorów, wodorów i innych z tablicy, no i tych węgli...
-A co ja rozwolnienie mam, że tyle tego węgla tam potrzeba?- zapytała bardzo błyskotliwie Nowicka. Karlicka na szczęście, na szczęście wszystkich nie usłyszała, bo w ferworze wykonywania, wyrównywania i zaznaczania wzorów cały świat jakby nie istniał. No i te tri-pri-dupo-moto-groto... Kto normalny potrafi to wszystko nazwać?! I nastąpił ten najgorszy moment na każdej lekcji. Powiedziała to swoje słynne:
-No to teraz na kogo wypadnie na tego bęc. A bęc na...- i zaczęła wykonywać na pewno jakieś bardzo skomplikowane dla przeciętnego ucznia obliczenia, aby wziąć kogoś do tablicy. Owca namachać się nie mogła, ręka to prawie jej z zawiasów wyskoczyła! I ku naszemu zbawieniu Karlicka przerwała długą ciszę:
-No proszę, niech pani pójdzie.- odparła zrezygnowana Karlicka, nie mogąc z premedytacją i przyjemnością nikomu wstawić szmaciczki.
Dalsza część lekcji była Owcy. Machała tam zadanka z równie wielką satysfakcją! Czasami zastanawiam się czy Owca nie jest córką Karlickiej!
Wybawił nas najpiękniejszy i najcudowniejszy przedmiot w szkole- dzwonek. Po takich lekcjach to zdecydwanie powinniśmy mieć co najmniej tydzień chorobowego!
Zaczynamy w tym roku każdy piękny poniedziałek cudownym tworem pracy wielu lat ministerstw edukacji jakim jest chemia. Pani Karlicka jest jeszcze grubsza i jeszcze piękniejsza. Niekoniecznie mieści się już w swoje zasłoniaste kostiumy, które pamiętają chyba jeszcze czasy Napoleona. A zapomniałem wspomnieć jest jeszcze większą cholerą niż była.
Lekcję zaczęliśmy cudnym stwierdzeniem, dość ulubionym ostatnio: "Niech wam chemia lekką będzie!" i rozpoczął się monolog. No lekcją, a tym bardziej dialogiem nazwać tego nie można, bo żeby dialogować to trzeba wiedzieć o czym się chociaż co 1000 słowo mówi. Mówiliśmy o jakichś tam węglowodorów ich pochodnych itp. Klasa ożywiła się dopiero po jakichś 20 minutach kiedy padło słowo "alkohole". Ożywienie nie potrwało za długo, bo jak się okazało degustacji nie będzie. Karlicka po monologu zaczęła pisać jakieś skomplikowane, a do tego nikomu nie potrzebne konstrukcje. Kobieta była w swoim żywiole!
-Przepisaliście?
-Nie!- wybuchnęło.
-No to mażemy- odpowiedziała podniecona, jak po viagrze Karlicka z szyderczym uśmiechem.
Na tablicy tryliard kresek, milion chlorów, wodorów i innych z tablicy, no i tych węgli...
-A co ja rozwolnienie mam, że tyle tego węgla tam potrzeba?- zapytała bardzo błyskotliwie Nowicka. Karlicka na szczęście, na szczęście wszystkich nie usłyszała, bo w ferworze wykonywania, wyrównywania i zaznaczania wzorów cały świat jakby nie istniał. No i te tri-pri-dupo-moto-groto... Kto normalny potrafi to wszystko nazwać?! I nastąpił ten najgorszy moment na każdej lekcji. Powiedziała to swoje słynne:
-No to teraz na kogo wypadnie na tego bęc. A bęc na...- i zaczęła wykonywać na pewno jakieś bardzo skomplikowane dla przeciętnego ucznia obliczenia, aby wziąć kogoś do tablicy. Owca namachać się nie mogła, ręka to prawie jej z zawiasów wyskoczyła! I ku naszemu zbawieniu Karlicka przerwała długą ciszę:
-No proszę, niech pani pójdzie.- odparła zrezygnowana Karlicka, nie mogąc z premedytacją i przyjemnością nikomu wstawić szmaciczki.
Dalsza część lekcji była Owcy. Machała tam zadanka z równie wielką satysfakcją! Czasami zastanawiam się czy Owca nie jest córką Karlickiej!
Wybawił nas najpiękniejszy i najcudowniejszy przedmiot w szkole- dzwonek. Po takich lekcjach to zdecydwanie powinniśmy mieć co najmniej tydzień chorobowego!
niedziela, 1 sierpnia 2010
Itp.
Nie miałem okazji jeszcze podsumować rozpoczęcia roku.
Wysyp tandety przykusych, cekiniastych, czarnych sukienek i kiczu wszelkiego rodzaju szpilek 20, opasek, opaseczek, oczojebnych cieni do powiek i średnio gustownych kopertówek. Trzy bezsensownie wyjęte z życiorysu godziny, które można by streścić w sensownych 20 minutach. Płonne przemowy dyrekcji, nauczycieli i uczniów o tym jaki ten rok będzie wspaniały i owocny w nasze osiągnięcia szkolne i laureatów konkursów, a zarazem czeka nas wiele ciężkiej pracy. Kiedy wspaniałych słów nadszedł kres, nastąpiło podniosłe wprowadzenie przy dźwiękach trąbek i innych instrumentów dętych, tego ważnego atrybutu, bez którego nie obyła by się żadna uroczystość- sztandaru i odśpiewanie hymnu Polski. Ciekawe, że dzieci już w pierwszej klasie szkoły podstawowej znają hymn Najjaśniejszej i Nieustającej Rzeczypospolitej. No niestety od pierwszej klasy minęło trochę czasu, więc koledzy i koleżanki uczniowską zasadą Zakuć Zdać Zapomnieć, są zwolnieni z tego obowiązku. Swoją drogą zawsze mnie zastanawiało po co ten sztandar tak w zasadzie jest? Kolejny ozdobny kawał materiału żeby zająć miejsce w i tak już długim harmonogramie uroczystości... Następnie powitanie wszystkich, występy chóru, wierszyki (o zgrozo!), kwiaty laurki itp. I te prowadzone na rzeź, wie wiedzące co czynią w zupełności pierwszaki. Żebym rok temu wiedział co wiem teraz poważnie zastanowiłbym się nad wyborem podrzędnej szkółki z niewysokim poziomem i siedziałbym sobie tam spokojniutko i cichutko.
W naszym życiu pojawiła się nowa osoba. Kaja, dla przyjaciół Wolska. W tym roku przeniosła się do naszej klasy. Jej ojciec jest jednym z dyrektorów głównych Gampicku, sieci sklepów w całej Polsce z gazetami, książkami, kawiarniami. Jeździ po całym kraju i sprawdza zgodność z jakimiś standardami, kontroluje projekty budowlane, wysyła tzw. tajemniczy klientów do sprawdzenia efektywności itp. Istny misz masz. Matka oczywiście nie pracuje, lecz zajmuje się domem. Ja nie wiem co ona tam robi, bo sprzątaczka sprząta, kucharz gotuje, a jeszcze inne pani i na pewno pasjonująco brzmiącym zawodzie zajmuje się rachunkami, zakupami, dokumentami itp. Tak, ale ona bardzo zajmuje się domem... Jednym słowem Wolska sra pieniędzmi! Ubrania z Mediolanów, Paryżów, Londynów, Nowych Jorków i nie wiem jeszcze skąd. Dziewczyna o pięknych poglądach, że facet nie musi być mądry, inteligentny, lecz przystojny i modnie ubrany.
Nie jest jakąś pustą lalą z dobrego domu, bo inteligencją i dużą wiedzą nie grzeszy, ale zaradnie życiowa to ona w życiu nie jest!
-Już my ją nauczymy życia!- powiedziała Nowicka na powitanie i w tym właśnie momencie zacząłem martwić się o przyszłe losy koleżanki. Jak Nowicka się kimś zajmie to nie ma...
Wysyp tandety przykusych, cekiniastych, czarnych sukienek i kiczu wszelkiego rodzaju szpilek 20, opasek, opaseczek, oczojebnych cieni do powiek i średnio gustownych kopertówek. Trzy bezsensownie wyjęte z życiorysu godziny, które można by streścić w sensownych 20 minutach. Płonne przemowy dyrekcji, nauczycieli i uczniów o tym jaki ten rok będzie wspaniały i owocny w nasze osiągnięcia szkolne i laureatów konkursów, a zarazem czeka nas wiele ciężkiej pracy. Kiedy wspaniałych słów nadszedł kres, nastąpiło podniosłe wprowadzenie przy dźwiękach trąbek i innych instrumentów dętych, tego ważnego atrybutu, bez którego nie obyła by się żadna uroczystość- sztandaru i odśpiewanie hymnu Polski. Ciekawe, że dzieci już w pierwszej klasie szkoły podstawowej znają hymn Najjaśniejszej i Nieustającej Rzeczypospolitej. No niestety od pierwszej klasy minęło trochę czasu, więc koledzy i koleżanki uczniowską zasadą Zakuć Zdać Zapomnieć, są zwolnieni z tego obowiązku. Swoją drogą zawsze mnie zastanawiało po co ten sztandar tak w zasadzie jest? Kolejny ozdobny kawał materiału żeby zająć miejsce w i tak już długim harmonogramie uroczystości... Następnie powitanie wszystkich, występy chóru, wierszyki (o zgrozo!), kwiaty laurki itp. I te prowadzone na rzeź, wie wiedzące co czynią w zupełności pierwszaki. Żebym rok temu wiedział co wiem teraz poważnie zastanowiłbym się nad wyborem podrzędnej szkółki z niewysokim poziomem i siedziałbym sobie tam spokojniutko i cichutko.
W naszym życiu pojawiła się nowa osoba. Kaja, dla przyjaciół Wolska. W tym roku przeniosła się do naszej klasy. Jej ojciec jest jednym z dyrektorów głównych Gampicku, sieci sklepów w całej Polsce z gazetami, książkami, kawiarniami. Jeździ po całym kraju i sprawdza zgodność z jakimiś standardami, kontroluje projekty budowlane, wysyła tzw. tajemniczy klientów do sprawdzenia efektywności itp. Istny misz masz. Matka oczywiście nie pracuje, lecz zajmuje się domem. Ja nie wiem co ona tam robi, bo sprzątaczka sprząta, kucharz gotuje, a jeszcze inne pani i na pewno pasjonująco brzmiącym zawodzie zajmuje się rachunkami, zakupami, dokumentami itp. Tak, ale ona bardzo zajmuje się domem... Jednym słowem Wolska sra pieniędzmi! Ubrania z Mediolanów, Paryżów, Londynów, Nowych Jorków i nie wiem jeszcze skąd. Dziewczyna o pięknych poglądach, że facet nie musi być mądry, inteligentny, lecz przystojny i modnie ubrany.
Nie jest jakąś pustą lalą z dobrego domu, bo inteligencją i dużą wiedzą nie grzeszy, ale zaradnie życiowa to ona w życiu nie jest!
-Już my ją nauczymy życia!- powiedziała Nowicka na powitanie i w tym właśnie momencie zacząłem martwić się o przyszłe losy koleżanki. Jak Nowicka się kimś zajmie to nie ma...
poniedziałek, 31 maja 2010
Demokracja sterowana? Gdzieżby!
Mój wychowawca- Pani Pulchniutka (o zgrozo!) wybrała mnie i Owcę (większe o zgrozo!) do jakiejś debaty politycznej na temat wyborów prezydenckich z radnymi i władzami miasta. Wszyscy oczywiście oficjalnie, pod krawatami. Przygotowane były już dla nas miejsca z nazwiskami, a nie wspomniałem! Na koniec miało być głosowanie młodzieży na co my byśmy głosowali, w sensie która partia jest zdaniem młodzieży najlepsza.
Młodzi ludzie siedzieli przy stolikach i od razu było widać kto z której szkoły jest. Zawodówki i technika (nie obrażając oczywiście nikogo) na luzie do całej sytuacji, w dżinsach i białych t-shirtach. Tzw. "gorsze" Ogólniaki w garniturach, ale też nie za bardzo przejęci sytuacją. Natomiast słynna i "najlepsza" Siedemnastka, reprezentowana przez kolegów z wielkimi czuprynami na głowie, okrągłych okularach i wystającymi przednimi zębami, powtarzał skrzętnie wcześniej otrzymane przemówienie i rozmawiał (o zgrozo!) na temat reakcji wodorotlenkowej w reakcji z azotanem (XII) wapnia spolaryzowanego w warunkach destylacji jonowej.
Wcześniej dostaliśmy karteczki z "naszym" zdaniem i stanowiskiem. Młodzież pięknie się wypowiadali, niektórzy nawet nie pofatygowali się by nauczyć się "swojego" zdania i pompatycznie mówiła co to nie politycy, radni, prezydenci i kto tam jeszcze, nie robią dla młodych ludzi. Że przecież te wszystkie imprezy kulturalne, teatry, kina, orliki to zasługa Prawa i Sojuszu Demokratycznego... Co myśmy bez nich? Miód na mą duszę! nagle wstał i przerwał mu bezczelnie, bo tak wynikało ze scenariusza, że teraz ona ma przerwać- członek partii Platforma Sprawiedliwości i opowiedział, że to ich zasługa te Skate parki i eventy, i lepsza sytuacja w szkołach, i akcje charytatywne i... Wszystko oczywiście odbywało się według wszelkich standardów: "Czy mogę zabrać głos?"(choć i tak wiadomo, bo wszyscy umieją czytać, że teraz tej pani w zielonym kolej), "Czy ktoś jeszcze chce zabrać głos?" (wtedy nagle zaskakująco wypowiedzieć się chce Pan w Jasnym Garniturze, przecież on miał tak zaskakująco się wypowiedzieć akurat w tym miejscu!)
Nieoczekiwanie (nieoczekiwanie, bo w ścisłym scenariuszu absolutnie swobodnej i nieustawianej dyskusji tego nie było) obudził się jak z zimowego snu pewien polityk z Tupecikiem, już nawet nie wiem jakiej partii i powiedział, że chce zabrać głos. Odmówić mu tego nie mogli, bo przecież dyskusja była otwarta, ale Pani Prowadząca wertowała jakieś kartki i uporczywie szukała gdzie jest zapis, ze to jego kolej. Tu trzeba już kończyć i przechodzić do najważniejszego punktu, a on dupę zawraca!
-Proszę, oczywiście.- odpowiedziała pani prowadząca ze "szczerym" uśmiechem, a w oczach miała żądze mordu.
-Dziękuję pani. Ja chciałem powiedzieć coś bardzo ważnego! Otóż...
I przez kolejne 24 minuty i 48 sekund poważny, mężczyzna z Tupecikiem usiłował przekazać wszystkim o podłożeniu przez konkurencyjną partię jakiejś bomby i dokonania zamachu. Później przewinęła się jakaś korupcja, jakieś 1000 złotych za jakieś szyny kolejowe. Nie potrafię powiedzieć o co chodziło, bo przy około 5 minucie odleciałem w wir rysunku i arcydzieł na otrzymanych dokumentach. Później obserwowałem bezcenne miny ważnych person naszego miasta, dłubanie w nosie prezydenta, czy chrapanie pana przewodniczącego rady miasta. Żądza mordu Pani Prowadzącej rosła.
Kiedy mężczyzna z Tupecikiem powiedział "Dziękuję za wysłuchanie", sala zawrzała brawami, uśmieszkami, przewodniczący się nagle ocknął, prezydent wyprostował i spoważniał, a Pani Prowadząca odetchnęła z ulgą.
-Tak więc jeśli to już wszyscy, przejdźmy do głosowania- i tu groźni wzrok Pani Prowadzącej przeleciał wszystkich, proszący by nikt nie zrobił czegoś niezgodnie ze scenariuszem.
Nastąpiła krótka przerwa na przygotowania kart i czas do agitacji. Rożni ludzie podchodzili do stolików młodych i wręczali nam przepiękne, wypchane gadżedzikami torby, piękne zdjęcia i wizytówki z zapewnieniem, że jeśli tylko będzie jakiś problem to oni... Panowie i panie chyba nie wiedzieli, że my już mamy wyrobione, a raczej wypisane "nasze" zdanie.
Każdy otrzymał karteczkę ze swoim nazwiskiem (o zgrozo, bo miało być anonimowo!) i jako podsumowanie debaty miał zaznaczyć, oczywiście według informacji, którą wcześniej dostaliśmy. Ja miałem napisane tak:
WYBÓR- Partia Lewica Obrony
STANOWISKO- Ta partia jest najlepsza, popierać i chwalić wszystkie dokonania i wypowiedzi polityków tej partii.
Młodzież była chyba na tyle "kumata" (kocham kolokwializmy!), a przynajmniej jej znaczna część, że w porę się opamiętała i zaprzestała tej farsy, dając temu wyraz w głosowaniu. Pani Prowadząca z entuzjazmem otworzyła kopertę i wraz z odczytywaniem kolejnych wyników głosowania jej entuzjazm spadał, a uśmiech na twarzy znikał. Wyniki przedstawiały się następująco:
Partia PLATFORMA SPRAWIEDLIWOŚCI- 1 głos
Partia PRAWO I SOJUSZ DEMOKRATYCZNY- 1 głos
Partia LEWICA OBRONY- 1 głos
WSTRZYMANYCH- 43 głosy
Zażenowana Pani Prowadząca z nieopuszczającym jej twarzy uśmiechem pośpiesznie zamknęła dyskusje i podziękowała za przybycie. Młodzież wybuchnęła śmiechem, a politycy byli zawiedzeni i zmieszani ty, że impreza, którą mogliby się pochwalić w mediach nie wyszła.
Do domu wróciłem obładowany papierowymi torbami, bogatszy o koszulki, smycze, długopisy, programy polityczne i ogólny zarys obłudnej polityki w naszym kraju.
Młodzi ludzie siedzieli przy stolikach i od razu było widać kto z której szkoły jest. Zawodówki i technika (nie obrażając oczywiście nikogo) na luzie do całej sytuacji, w dżinsach i białych t-shirtach. Tzw. "gorsze" Ogólniaki w garniturach, ale też nie za bardzo przejęci sytuacją. Natomiast słynna i "najlepsza" Siedemnastka, reprezentowana przez kolegów z wielkimi czuprynami na głowie, okrągłych okularach i wystającymi przednimi zębami, powtarzał skrzętnie wcześniej otrzymane przemówienie i rozmawiał (o zgrozo!) na temat reakcji wodorotlenkowej w reakcji z azotanem (XII) wapnia spolaryzowanego w warunkach destylacji jonowej.
Wcześniej dostaliśmy karteczki z "naszym" zdaniem i stanowiskiem. Młodzież pięknie się wypowiadali, niektórzy nawet nie pofatygowali się by nauczyć się "swojego" zdania i pompatycznie mówiła co to nie politycy, radni, prezydenci i kto tam jeszcze, nie robią dla młodych ludzi. Że przecież te wszystkie imprezy kulturalne, teatry, kina, orliki to zasługa Prawa i Sojuszu Demokratycznego... Co myśmy bez nich? Miód na mą duszę! nagle wstał i przerwał mu bezczelnie, bo tak wynikało ze scenariusza, że teraz ona ma przerwać- członek partii Platforma Sprawiedliwości i opowiedział, że to ich zasługa te Skate parki i eventy, i lepsza sytuacja w szkołach, i akcje charytatywne i... Wszystko oczywiście odbywało się według wszelkich standardów: "Czy mogę zabrać głos?"(choć i tak wiadomo, bo wszyscy umieją czytać, że teraz tej pani w zielonym kolej), "Czy ktoś jeszcze chce zabrać głos?" (wtedy nagle zaskakująco wypowiedzieć się chce Pan w Jasnym Garniturze, przecież on miał tak zaskakująco się wypowiedzieć akurat w tym miejscu!)
Nieoczekiwanie (nieoczekiwanie, bo w ścisłym scenariuszu absolutnie swobodnej i nieustawianej dyskusji tego nie było) obudził się jak z zimowego snu pewien polityk z Tupecikiem, już nawet nie wiem jakiej partii i powiedział, że chce zabrać głos. Odmówić mu tego nie mogli, bo przecież dyskusja była otwarta, ale Pani Prowadząca wertowała jakieś kartki i uporczywie szukała gdzie jest zapis, ze to jego kolej. Tu trzeba już kończyć i przechodzić do najważniejszego punktu, a on dupę zawraca!
-Proszę, oczywiście.- odpowiedziała pani prowadząca ze "szczerym" uśmiechem, a w oczach miała żądze mordu.
-Dziękuję pani. Ja chciałem powiedzieć coś bardzo ważnego! Otóż...
I przez kolejne 24 minuty i 48 sekund poważny, mężczyzna z Tupecikiem usiłował przekazać wszystkim o podłożeniu przez konkurencyjną partię jakiejś bomby i dokonania zamachu. Później przewinęła się jakaś korupcja, jakieś 1000 złotych za jakieś szyny kolejowe. Nie potrafię powiedzieć o co chodziło, bo przy około 5 minucie odleciałem w wir rysunku i arcydzieł na otrzymanych dokumentach. Później obserwowałem bezcenne miny ważnych person naszego miasta, dłubanie w nosie prezydenta, czy chrapanie pana przewodniczącego rady miasta. Żądza mordu Pani Prowadzącej rosła.
Kiedy mężczyzna z Tupecikiem powiedział "Dziękuję za wysłuchanie", sala zawrzała brawami, uśmieszkami, przewodniczący się nagle ocknął, prezydent wyprostował i spoważniał, a Pani Prowadząca odetchnęła z ulgą.
-Tak więc jeśli to już wszyscy, przejdźmy do głosowania- i tu groźni wzrok Pani Prowadzącej przeleciał wszystkich, proszący by nikt nie zrobił czegoś niezgodnie ze scenariuszem.
Nastąpiła krótka przerwa na przygotowania kart i czas do agitacji. Rożni ludzie podchodzili do stolików młodych i wręczali nam przepiękne, wypchane gadżedzikami torby, piękne zdjęcia i wizytówki z zapewnieniem, że jeśli tylko będzie jakiś problem to oni... Panowie i panie chyba nie wiedzieli, że my już mamy wyrobione, a raczej wypisane "nasze" zdanie.
Każdy otrzymał karteczkę ze swoim nazwiskiem (o zgrozo, bo miało być anonimowo!) i jako podsumowanie debaty miał zaznaczyć, oczywiście według informacji, którą wcześniej dostaliśmy. Ja miałem napisane tak:
WYBÓR- Partia Lewica Obrony
STANOWISKO- Ta partia jest najlepsza, popierać i chwalić wszystkie dokonania i wypowiedzi polityków tej partii.
Młodzież była chyba na tyle "kumata" (kocham kolokwializmy!), a przynajmniej jej znaczna część, że w porę się opamiętała i zaprzestała tej farsy, dając temu wyraz w głosowaniu. Pani Prowadząca z entuzjazmem otworzyła kopertę i wraz z odczytywaniem kolejnych wyników głosowania jej entuzjazm spadał, a uśmiech na twarzy znikał. Wyniki przedstawiały się następująco:
Partia PLATFORMA SPRAWIEDLIWOŚCI- 1 głos
Partia PRAWO I SOJUSZ DEMOKRATYCZNY- 1 głos
Partia LEWICA OBRONY- 1 głos
WSTRZYMANYCH- 43 głosy
Zażenowana Pani Prowadząca z nieopuszczającym jej twarzy uśmiechem pośpiesznie zamknęła dyskusje i podziękowała za przybycie. Młodzież wybuchnęła śmiechem, a politycy byli zawiedzeni i zmieszani ty, że impreza, którą mogliby się pochwalić w mediach nie wyszła.
Do domu wróciłem obładowany papierowymi torbami, bogatszy o koszulki, smycze, długopisy, programy polityczne i ogólny zarys obłudnej polityki w naszym kraju.
niedziela, 23 maja 2010
KIBOLE
Nowicka niedawno wygadała nam swoje dziwne niespełnione marzenie. Mianowicie zawsze chciała pójść na prawdziwy mecz piłki nożnej. Poczuć te uniesienia, emocje, ducha walki. Czy ona jest normalna?
Razem z Zuzą postanowiliśmy spełnić to marzenie i z okazji jej urodzin udać się wspólnie na mecz MKS Hutnik vs. GKS Stodoła. Chcieliśmy, żeby była to fajna przygoda dla nas wszystkich, więc przygotowań było dużo. W pierwszym etapie trzeba było nauczyć się wielu bardzo ambitnych i skomplikowanych okrzyków kibiców. Ku mojemu zdziwieniu fora i specjalne strony pękają w szwach. jak się okazało koledzy, którzy rzadko pojawiają się w szkole układają tak niepojęte w swej wymowie i głębi poematy, których nie powstydziła by się podejrzewam nawet sam Sienkiewicz, czy Szymborska. Na przykład: My z Hutnikiem się nie damy, do Stodoły się nie schowamy! Kolejnym punktem przygotowań był zakup niepowtarzalnego szalika i innych gadżecików. Przyjrzeliśmy wiele sklepów, ale jak nas zapewniali na oficjalnej stronie Hutnika, tylko tam znajdują się oryginalne produkty. Można było kupić dosłownie wszystko. Począwszy od majtek, przez kurtki, po sztućce z logiem. Nie mogłem przeboleć, że to wszystko tak drogo kosztuje, ale czego się w końcu nie robi dla niezapomnianej przygody.
Wreszcie przyszedł ten oczekiwany od dawien dawna dzień meczu. Sobotnie południe, pogoda w sam raz. Pod stadionem tłoczy się duża grupa kibiców. Podjeżdżają dwa duże autokary. Ludzie biegną w ich stronę, licząc na to, ze zdobędą autografy swoich piłkarskich idoli, bądź chociaż będą mogli opływać w ich blasku. Niestety. Z autokarów wysiedli uzbrojeni po zęby funkcjonariusze policji. Było ich chyba więcej niż kibuców i graczy razem wziętych. Zajęli pozycje strategiczne na samym stadionie, w okół niego i na trybunach. Wtedy uruchomiono kasy i bramki się otworzyły. Zajęliśmy miejsca oczywiście kibiców Hutnika owinięci twarzowymi pomarańczowo-czarnymi szalikami. Przed nami na podeście stanął MASTER klubu kibiców z megafonem i przez cały mecz przewodniczył okrzykom. Kiedy mecz się zaczął targały nami takie emocje, jakich sobie nigdy nie wyobrażałem. Krzyki, fale meksykańskie i inne kombinacje alpejskie Nowicka z Zuzą były w siódmym niebie! Kiedy "naszym" ktoś strzelił bramkę wzniecane było zbiorowe "buuuu" i "Nie poddamy się, o nie, o nie, o nie!", natomiast kiedy "nasi" strzelili gola, słychać było tylko: "Brawo Hutnik, brawo!".
Podczas przerwy ktoś coś do kogoś krzyknął, później inny ktoś odkrzyknął, potem ktoś rzucił butelką i ktoś odrzucił puszką, no i tak właśnie zaczęła się kłótnia. Zupełnie nie wiem w jaki sposób w zamieszaniu i bójce wzięła ku mojemu zdziwieniu kochana Nowicka. Policja rzuciła się na biorących udział w bójce, czyli jakichś 15 napakowanych, łysych kibiców Stodoły i Nowicką wraz z 2 napakowanymi kibicami Hutnika. Chyba nie muszę tłumaczyć jak owy incydent się zakończył? Nowicka z hukiem została wyrzucona z hukiem ze stadionu. Chcieli jej jeszcze wypisać mandat, ale cudem wybroniłem, że ma urodziny itp. Nowicka jeszcze długo się miotała i rzucała 'rwami.
Mecz miał być niezapomnianą przygodą i niewątpliwie taką się stał!
Razem z Zuzą postanowiliśmy spełnić to marzenie i z okazji jej urodzin udać się wspólnie na mecz MKS Hutnik vs. GKS Stodoła. Chcieliśmy, żeby była to fajna przygoda dla nas wszystkich, więc przygotowań było dużo. W pierwszym etapie trzeba było nauczyć się wielu bardzo ambitnych i skomplikowanych okrzyków kibiców. Ku mojemu zdziwieniu fora i specjalne strony pękają w szwach. jak się okazało koledzy, którzy rzadko pojawiają się w szkole układają tak niepojęte w swej wymowie i głębi poematy, których nie powstydziła by się podejrzewam nawet sam Sienkiewicz, czy Szymborska. Na przykład: My z Hutnikiem się nie damy, do Stodoły się nie schowamy! Kolejnym punktem przygotowań był zakup niepowtarzalnego szalika i innych gadżecików. Przyjrzeliśmy wiele sklepów, ale jak nas zapewniali na oficjalnej stronie Hutnika, tylko tam znajdują się oryginalne produkty. Można było kupić dosłownie wszystko. Począwszy od majtek, przez kurtki, po sztućce z logiem. Nie mogłem przeboleć, że to wszystko tak drogo kosztuje, ale czego się w końcu nie robi dla niezapomnianej przygody.
Wreszcie przyszedł ten oczekiwany od dawien dawna dzień meczu. Sobotnie południe, pogoda w sam raz. Pod stadionem tłoczy się duża grupa kibiców. Podjeżdżają dwa duże autokary. Ludzie biegną w ich stronę, licząc na to, ze zdobędą autografy swoich piłkarskich idoli, bądź chociaż będą mogli opływać w ich blasku. Niestety. Z autokarów wysiedli uzbrojeni po zęby funkcjonariusze policji. Było ich chyba więcej niż kibuców i graczy razem wziętych. Zajęli pozycje strategiczne na samym stadionie, w okół niego i na trybunach. Wtedy uruchomiono kasy i bramki się otworzyły. Zajęliśmy miejsca oczywiście kibiców Hutnika owinięci twarzowymi pomarańczowo-czarnymi szalikami. Przed nami na podeście stanął MASTER klubu kibiców z megafonem i przez cały mecz przewodniczył okrzykom. Kiedy mecz się zaczął targały nami takie emocje, jakich sobie nigdy nie wyobrażałem. Krzyki, fale meksykańskie i inne kombinacje alpejskie Nowicka z Zuzą były w siódmym niebie! Kiedy "naszym" ktoś strzelił bramkę wzniecane było zbiorowe "buuuu" i "Nie poddamy się, o nie, o nie, o nie!", natomiast kiedy "nasi" strzelili gola, słychać było tylko: "Brawo Hutnik, brawo!".
Podczas przerwy ktoś coś do kogoś krzyknął, później inny ktoś odkrzyknął, potem ktoś rzucił butelką i ktoś odrzucił puszką, no i tak właśnie zaczęła się kłótnia. Zupełnie nie wiem w jaki sposób w zamieszaniu i bójce wzięła ku mojemu zdziwieniu kochana Nowicka. Policja rzuciła się na biorących udział w bójce, czyli jakichś 15 napakowanych, łysych kibiców Stodoły i Nowicką wraz z 2 napakowanymi kibicami Hutnika. Chyba nie muszę tłumaczyć jak owy incydent się zakończył? Nowicka z hukiem została wyrzucona z hukiem ze stadionu. Chcieli jej jeszcze wypisać mandat, ale cudem wybroniłem, że ma urodziny itp. Nowicka jeszcze długo się miotała i rzucała 'rwami.
Mecz miał być niezapomnianą przygodą i niewątpliwie taką się stał!
sobota, 8 maja 2010
Podsumowanie półwiecza
Tato został zwolniony z pracy dokładnie dzień przed jego 50-tymi urodzinami! Imprezę urodzinową postanowił przygotować samodzielnie.
Rozgoryczony ojciec uniósł się męską dumą i postanowił znaleźć jakieś twórcze i dochodowe zajęcie. Zainteresował się polityką, postanowił, ze zostanie prezydentem Polski. Niestety nie udało mu się zebrać przepisowych sto tysięcy podpisów. Zajął się więc gotowaniem i chciał nawet napisać książkę kucharską, ale nie znalazł tyle ciekawych przepisów. Chciał już zdawać do Szkoły Teatralnej, ale bardzo grzecznie Pani w sekretariacie powiedziała mu, że jest w "nieświeżym wieku".
-Ja? Jak to w nieświeżym wieku?! Jestem jak najbardziej świeży! Skąd mogą to wiedzieć czy nie jestem urodzonym aktorem, jak nawet nie dali mi szans. A Konrada czy tam innego by od razu przyjęli! To tak już jest w naszym kraju wszystko po znajomości!
A co mu miała kobiecina biedna powiedzieć? Że za stary jest?!
Jak nie książka kucharska, to może ckliwe romansidło dla kobiet? Po przeczytaniu, rodzina uznała, że na komedię by się nadawało, jednak pech chciał, że żadne wydawnictwo nie chciało tego wydać.
-Ja zupełnie nie wiem, dlaczego każde wydawnictwo odrzuciło moją powieść?! Zupełnie się nie znają! Przecież to byłby bestseller!
Matka stara się go wspierać, nawet wyszukuje mu różne oferty, ale ojciec się jeszcze bardziej złości.
-Czyś ty zwariowała?! Czy ty sądzisz, że ja nie znam swojej godności? Mam smażyć kurczaki w McDonald, ja w moim wieku? Nie umniejszając nikomu tam pracującemu, ja z moim doświadczeniem nadaję się tylko i wyłącznie na stanowisko kierownicze.
W dniu 50-tki w "lekkim" stanie upojenia. Staruszek postanowił podsumować swoje życie. Doszedł do przykrego wniosku, że zupełnie do niczego w życiu nie doszedł. Że do niczego się nie nadaje, nie skończył żadnych studiów i nie pojechał w wymarzoną podróż. Po 100000 zapewnieniach, że jest zupełnie odwrotnie, że ma rodzinę, zonę, miłość, a na podróż jeszcze czas, oddał się czynnością pisarskim i przygnębiony katastrofą w Smoleńsku, napisał testament.
-A bo to wiadomo co człowieka w życiu spotka? Widzicie mięli tacy wszystko czego tylko chcieli i trach! Wszystko skończone. A potem kłopot z majątkiem. Ja chcę wszystko dokładnie spisać, żeby było jasne.
Ojciec chce "odbudować na nowo" Polskę i jak z prezydenturą kraju mu nie wyszło, chce startować (na razie!) do władz lokalnych. Także zachęcam, zachęcam. Ręczę za niego. Pomysłów mu nie brakuje!
Wczoraj słyszę przeraźliwe:
-Tato!!!!!! Tato!!!! On jest ogromny i przeraźliwy.... ogromny i... i przeraźliwy pająk w moim pokoju!- krzyczy Kacper.
Ojciec podniósł się szybko z fotela, chwycił gazetę i ruszył na pomoc by wybawić mojego młodszego brata. Kacper przerażony stał w rogu. Tato wbiegł do pokoju i już miał tego pająka... kiedy nagle wpadła matka.
-Czyś ty do reszty zdurniał?- zwróciła się jakże miło i uprzejmie moja rodzicielka do młodszej latorośli naszego rodu.- Wołasz ojca żeby zabił pająka? Ty chcesz żebyśmy musieli całą ścianę w lecie malowali?
Matka zabrała ostrożnie pająka i wypuściła przez okno. Ojciec zrezygnowany wrócił do pokoju i zrezygnowany osiadł na fotelu oddając się poprzedniej czynności, którą kocha nade wszystko, czyli oglądaniu telewizji.
I jak tu on ma się czuć dowartościowany i potrzebny?
Rozgoryczony ojciec uniósł się męską dumą i postanowił znaleźć jakieś twórcze i dochodowe zajęcie. Zainteresował się polityką, postanowił, ze zostanie prezydentem Polski. Niestety nie udało mu się zebrać przepisowych sto tysięcy podpisów. Zajął się więc gotowaniem i chciał nawet napisać książkę kucharską, ale nie znalazł tyle ciekawych przepisów. Chciał już zdawać do Szkoły Teatralnej, ale bardzo grzecznie Pani w sekretariacie powiedziała mu, że jest w "nieświeżym wieku".
-Ja? Jak to w nieświeżym wieku?! Jestem jak najbardziej świeży! Skąd mogą to wiedzieć czy nie jestem urodzonym aktorem, jak nawet nie dali mi szans. A Konrada czy tam innego by od razu przyjęli! To tak już jest w naszym kraju wszystko po znajomości!
A co mu miała kobiecina biedna powiedzieć? Że za stary jest?!
Jak nie książka kucharska, to może ckliwe romansidło dla kobiet? Po przeczytaniu, rodzina uznała, że na komedię by się nadawało, jednak pech chciał, że żadne wydawnictwo nie chciało tego wydać.
-Ja zupełnie nie wiem, dlaczego każde wydawnictwo odrzuciło moją powieść?! Zupełnie się nie znają! Przecież to byłby bestseller!
Matka stara się go wspierać, nawet wyszukuje mu różne oferty, ale ojciec się jeszcze bardziej złości.
-Czyś ty zwariowała?! Czy ty sądzisz, że ja nie znam swojej godności? Mam smażyć kurczaki w McDonald, ja w moim wieku? Nie umniejszając nikomu tam pracującemu, ja z moim doświadczeniem nadaję się tylko i wyłącznie na stanowisko kierownicze.
W dniu 50-tki w "lekkim" stanie upojenia. Staruszek postanowił podsumować swoje życie. Doszedł do przykrego wniosku, że zupełnie do niczego w życiu nie doszedł. Że do niczego się nie nadaje, nie skończył żadnych studiów i nie pojechał w wymarzoną podróż. Po 100000 zapewnieniach, że jest zupełnie odwrotnie, że ma rodzinę, zonę, miłość, a na podróż jeszcze czas, oddał się czynnością pisarskim i przygnębiony katastrofą w Smoleńsku, napisał testament.
-A bo to wiadomo co człowieka w życiu spotka? Widzicie mięli tacy wszystko czego tylko chcieli i trach! Wszystko skończone. A potem kłopot z majątkiem. Ja chcę wszystko dokładnie spisać, żeby było jasne.
Ojciec chce "odbudować na nowo" Polskę i jak z prezydenturą kraju mu nie wyszło, chce startować (na razie!) do władz lokalnych. Także zachęcam, zachęcam. Ręczę za niego. Pomysłów mu nie brakuje!
Wczoraj słyszę przeraźliwe:
-Tato!!!!!! Tato!!!! On jest ogromny i przeraźliwy.... ogromny i... i przeraźliwy pająk w moim pokoju!- krzyczy Kacper.
Ojciec podniósł się szybko z fotela, chwycił gazetę i ruszył na pomoc by wybawić mojego młodszego brata. Kacper przerażony stał w rogu. Tato wbiegł do pokoju i już miał tego pająka... kiedy nagle wpadła matka.
-Czyś ty do reszty zdurniał?- zwróciła się jakże miło i uprzejmie moja rodzicielka do młodszej latorośli naszego rodu.- Wołasz ojca żeby zabił pająka? Ty chcesz żebyśmy musieli całą ścianę w lecie malowali?
Matka zabrała ostrożnie pająka i wypuściła przez okno. Ojciec zrezygnowany wrócił do pokoju i zrezygnowany osiadł na fotelu oddając się poprzedniej czynności, którą kocha nade wszystko, czyli oglądaniu telewizji.
I jak tu on ma się czuć dowartościowany i potrzebny?
wtorek, 30 marca 2010
Chemiczny dizajn
Nadeszła nareszcie upragniona i wyczekiwana od miesięcy wycieczka klasowa..., o przepraszam hucznie i pompatycznie nazwana "obozem matematyczno-polonistycznym". Jednym słowem 4 godziny polskiego i 4 godziny matematyki dziennie na zmianę dla urozmaicenia. Pod koniec myślałem, że zabiję tego Miłosza i tą Szymborską, za to, że w ogóle napisali tyle wierszy i teraz trzeba je do cholery jasnej interpretować. Wydaję mi się, że gdyby Tales z Pitagorasem żyli, mogliby się zacząć oczekiwać bliskiego kresu swej ziemskiej pielgrzymki (ależ mi się mądrze powiedziało!).
To miały byś spokojne trzy dni spędzone w naukowej atmosferze z miłością i harmonią w tle. Hucznie nazwany "obóz" odbył się w jakimś Podpizdowie Małym, gdzie za przeproszeniem psy dupami szczekały, a jedyny sklep z promieniu 10000000000 km był czynny od wtorku do piątku od 10 do 14.
Pierwszej nocy wszyscy zachowywali pozory. Nikt przecież nie wiedział na ile może sobie pozwolić. Nauczycielki bardzo wcześnie poszły spać, nam radząc to samo, zaszywając się w maleńkim pokoiku na samej, samej górze "hotelu". Ku szczęściu i uciesze Nowickiej i Zuzy przypadł im zaszczyt dzielenia jednej przestrzeni pokojowej i łazienki z Owcą, która od razu po wieczornych zajęciach z historii teatru umyła się, przebrała w piżamę i w łóżku czytała jakże pasjonujący i bardzo ciekawy "Potop". I tak właśnie mile, a nawet bardzo mile rzec by się chciało minął czwartek.
Cały dzień piątkowy przygotowywaliśmy się do spektaklu na zajęciach z polskiego i obliczaliśmy jakieś cosinusy, kotangensy i kto wie co jeszcze. Pod wieczór sytuacja z nauczycielkami się powtórzyła. Wybiła 23, a one potulnie i grzecznie udały się na sam szczyt hotelu. Już każdy wiedział na ile może sobie pozwolić, więc ta noc należała do nas. Trunki różnej maści i różnego pochodzenia lały się strumieniami. Po niektórych osobach w życiu bym się tego nie spodziewał! Owca jak na prawdziwego baranka przystało położyła się spać z kurami i dokończyła opasły wolumen. Na korytarzu cisza i spokój, natomiast w pokojach działy się różne rozpusty, szczerze mówiąc o wynikach niektórych przekonamy się za 9 miesięcy... Około 3 nad ranem wszedłem do pokoju Zuzy, Owcy i Nowickiej, a tam prawdziwa lekcja chemii. Nowicka stoi przy ścianie i pisze markerem jakieś równanie chemiczne, a Zuza wpatrzona jak w obrazek siedzi na łóżku.
-A mogę wiedzieć co się tu dzieje?- spytałem, bo myślałem, ze już mnie nic nie zdziwi, a jednak!
-Czy chemia nie jest piękna? Te pierwiastki, liczby i w ogóle. A Nowicka niech liczy tak pięknie jej to wychodzi.
-Ale... ale... ale to wszystko jest takie proste!- odparła ze łzami w oczach Nowicka- Ja to chyba na bio-chem się przeniosę!
No to się właściciele hotelu ucieszą z nowego dizajnu naściennego. Kolejną godzinę zajęło mi wytłumaczenie, ze koniec lekcji i czas spać.
Rano, rzecz jasna mało kto co pamiętał. Na ostatnich zajęciach jedni podpierali drugich, albo wyglądali "jak przez okno". Wszystko było by w porządku, gdyby nie to, ze przez samym wyjazdem polonistka nie weszła do pokoju dziewcząt i nie ujrzała owoców nocnej pracy Nowickiej i nie zobaczyła 20 (!) pustych butelek po płynach różnej maści wynoszonych po kryjomu przez kolegów z klasy.
-Myślałam, że można wam zaufać! Taka porządna młodzież i to w jakim elitarnym liceum?! O konsekwencjach państwa czynów chyba nie muszę wspominać? Policzymy się w szkole.
Pomimo, że wszyscy jak jeden mąż okazali skruchę, trzeba było zapłacić za zniszczenia ściany (powinni być wdzięczni, ze unowocześniliśmy im hotel!) i trzeba było posprzątać wszystkie gumy spod szkolnych ławek.
Pomimo tak okrutnej kary, było warte zachodu, a my już wyczekujemy kolejnej wycieczki!
To miały byś spokojne trzy dni spędzone w naukowej atmosferze z miłością i harmonią w tle. Hucznie nazwany "obóz" odbył się w jakimś Podpizdowie Małym, gdzie za przeproszeniem psy dupami szczekały, a jedyny sklep z promieniu 10000000000 km był czynny od wtorku do piątku od 10 do 14.
Pierwszej nocy wszyscy zachowywali pozory. Nikt przecież nie wiedział na ile może sobie pozwolić. Nauczycielki bardzo wcześnie poszły spać, nam radząc to samo, zaszywając się w maleńkim pokoiku na samej, samej górze "hotelu". Ku szczęściu i uciesze Nowickiej i Zuzy przypadł im zaszczyt dzielenia jednej przestrzeni pokojowej i łazienki z Owcą, która od razu po wieczornych zajęciach z historii teatru umyła się, przebrała w piżamę i w łóżku czytała jakże pasjonujący i bardzo ciekawy "Potop". I tak właśnie mile, a nawet bardzo mile rzec by się chciało minął czwartek.
Cały dzień piątkowy przygotowywaliśmy się do spektaklu na zajęciach z polskiego i obliczaliśmy jakieś cosinusy, kotangensy i kto wie co jeszcze. Pod wieczór sytuacja z nauczycielkami się powtórzyła. Wybiła 23, a one potulnie i grzecznie udały się na sam szczyt hotelu. Już każdy wiedział na ile może sobie pozwolić, więc ta noc należała do nas. Trunki różnej maści i różnego pochodzenia lały się strumieniami. Po niektórych osobach w życiu bym się tego nie spodziewał! Owca jak na prawdziwego baranka przystało położyła się spać z kurami i dokończyła opasły wolumen. Na korytarzu cisza i spokój, natomiast w pokojach działy się różne rozpusty, szczerze mówiąc o wynikach niektórych przekonamy się za 9 miesięcy... Około 3 nad ranem wszedłem do pokoju Zuzy, Owcy i Nowickiej, a tam prawdziwa lekcja chemii. Nowicka stoi przy ścianie i pisze markerem jakieś równanie chemiczne, a Zuza wpatrzona jak w obrazek siedzi na łóżku.
-A mogę wiedzieć co się tu dzieje?- spytałem, bo myślałem, ze już mnie nic nie zdziwi, a jednak!
-Czy chemia nie jest piękna? Te pierwiastki, liczby i w ogóle. A Nowicka niech liczy tak pięknie jej to wychodzi.
-Ale... ale... ale to wszystko jest takie proste!- odparła ze łzami w oczach Nowicka- Ja to chyba na bio-chem się przeniosę!
No to się właściciele hotelu ucieszą z nowego dizajnu naściennego. Kolejną godzinę zajęło mi wytłumaczenie, ze koniec lekcji i czas spać.
Rano, rzecz jasna mało kto co pamiętał. Na ostatnich zajęciach jedni podpierali drugich, albo wyglądali "jak przez okno". Wszystko było by w porządku, gdyby nie to, ze przez samym wyjazdem polonistka nie weszła do pokoju dziewcząt i nie ujrzała owoców nocnej pracy Nowickiej i nie zobaczyła 20 (!) pustych butelek po płynach różnej maści wynoszonych po kryjomu przez kolegów z klasy.
-Myślałam, że można wam zaufać! Taka porządna młodzież i to w jakim elitarnym liceum?! O konsekwencjach państwa czynów chyba nie muszę wspominać? Policzymy się w szkole.
Pomimo, że wszyscy jak jeden mąż okazali skruchę, trzeba było zapłacić za zniszczenia ściany (powinni być wdzięczni, ze unowocześniliśmy im hotel!) i trzeba było posprzątać wszystkie gumy spod szkolnych ławek.
Pomimo tak okrutnej kary, było warte zachodu, a my już wyczekujemy kolejnej wycieczki!
niedziela, 17 stycznia 2010
Humaniści za dychę!
Postanowiłem, że chyba nigdy w życiu nie zostanę polonistą!
Jest piątek, 8:00. Lekcja języka polskiego. Wszyscy odliczają minuty do końca tego najkoszmarniejszego pełnego zgrozy sprawdzianów, kartkówek i odpowiedzi tygodnia. Nauczycielka od początku lekcji wystawiała oceny, więc my "grzecznie" zajmowaliśmy się samymi sobą. Nagle Owca podniosła rękę w celu zapytania o coś na pewno głupiego i niedorzecznego.
-Czy ja mogę zgłosić się do odpowiedzi z inwokacji?- czy ona nie może trzymać języka za zębami? Jak zaraz do niej wstanę to...
-A to ja was z tego nie pytałam?
-No nie, dlatego się zgłaszam na ochotnika- rzekła Owca nadęta dumą zadzierając swój orli nos do góry.
-No to w takim razie zanim wystawię wam stopnie popytamy się z inwokacji do "Pana Tadeusza". Jacyś chętni?- Ręka Owcy znowu wystrzeliła wysoko w górę, a sama zrobiła błagalną minę.- Ktoś jeszcze? Może...- i tu ta chwila niepewności i próśb do Boga "tylko niech nie bierze mnie!"-...może panna Nowicka.
-Niestety nie miałam możliwości nauczenia się bo...- Nowicka próbowała nieudolnie się wytłumaczyć.
-Nie interesuje mnie dlaczego się pani nie nauczyła.- powiedziała bardzo spokojnie polonistka nie dając się zdenerwować.- Proszę usiąść. W takim razie zapraszam... pana Derkacza.
Blade poty mnie oblały. Na śmierć zapomniałem o tej inwokacji. No jak Nowickiej się udało to może ja też się jakoś wytłumaczę? Spróbuję to załatwić dyplomatycznie.
-No ja także muszę z wielkim smutkiem stwierdzić, ze nie umiem.
Kobieta wstała, zdjęła okulary i zrobiła groźną minę.
-Klaso pierwsza b na czele z panem Derkaczem i panną Nowicką! Czy państwo sobie wyobrażają, że bezkarnie się nie będą uczyć na mój przedmiot, a ja będę to pobłażała? To wy znacie takie słowa jak pipa, dupa, cycki, a inwokacji do "Pana Tadeusza nie znacie? To jest polska młodzież? Humaniści za dychę! Co to to nie moi państwo!
-Ale pani profesor...- Nowicka próbowała uratować sytuację, ale nie koniecznie jej wychodziło.
-czy ty moja panno masz czelność jeszcze ze mną rozmawiać? Ja nie mam najmniejszego zamiaru, bo nie jest panna w takim razie na moim poziomie intelektualnym! Zejdźcie mi oboje z oczu, najlepiej opuście klasę.
-Ale...
-Wyjdź!
Nie trzeba było nam długo powtarzać. Opuściliśmy salę i zamknęliśmy za sobą drzwi.
Nawiasem mówiąc to nie wiedziałem, że w toalecie męskiej podczas lekcji jest tyle osób. Jedni siedzą na umywalkach i o czymś dyskutują, drudzy grają na podłodze w karty, a jeszcze inni w kącie palą papierosy. Otworzyłem pierwszą z brzegu wolną kabinę, a w środku ku mojemu zdziwieniu siedziało na toalecie dwóch chłopaków chyba z trzeciej klasy i namiętnie się całowali. Jeden z nich spostrzegł mnie i jak gdyby nigdy nic powiedział:
-Jak chcesz to się możesz przyłączyć!- stanąłem jak wryty i nie wiedziałem co powiedzieć.
-Nie dzięki, może innym razem.- odparłem zupełnie zaskoczony.
-Nie ma sprawy. Jak będziesz chciał to wal jak w dym.
-Spoko.- I zamknąłem drzwi nie chcą przeszkadzać już kolegom więcej.
Wiedziałem, że moja szkoła jest nad wyraz tolerancyjną i, że chodzą tu różne indywidua, ale nigdy do tej pory aż tak tego nie doświadczyłem.
Jest piątek, 8:00. Lekcja języka polskiego. Wszyscy odliczają minuty do końca tego najkoszmarniejszego pełnego zgrozy sprawdzianów, kartkówek i odpowiedzi tygodnia. Nauczycielka od początku lekcji wystawiała oceny, więc my "grzecznie" zajmowaliśmy się samymi sobą. Nagle Owca podniosła rękę w celu zapytania o coś na pewno głupiego i niedorzecznego.
-Czy ja mogę zgłosić się do odpowiedzi z inwokacji?- czy ona nie może trzymać języka za zębami? Jak zaraz do niej wstanę to...
-A to ja was z tego nie pytałam?
-No nie, dlatego się zgłaszam na ochotnika- rzekła Owca nadęta dumą zadzierając swój orli nos do góry.
-No to w takim razie zanim wystawię wam stopnie popytamy się z inwokacji do "Pana Tadeusza". Jacyś chętni?- Ręka Owcy znowu wystrzeliła wysoko w górę, a sama zrobiła błagalną minę.- Ktoś jeszcze? Może...- i tu ta chwila niepewności i próśb do Boga "tylko niech nie bierze mnie!"-...może panna Nowicka.
-Niestety nie miałam możliwości nauczenia się bo...- Nowicka próbowała nieudolnie się wytłumaczyć.
-Nie interesuje mnie dlaczego się pani nie nauczyła.- powiedziała bardzo spokojnie polonistka nie dając się zdenerwować.- Proszę usiąść. W takim razie zapraszam... pana Derkacza.
Blade poty mnie oblały. Na śmierć zapomniałem o tej inwokacji. No jak Nowickiej się udało to może ja też się jakoś wytłumaczę? Spróbuję to załatwić dyplomatycznie.
-No ja także muszę z wielkim smutkiem stwierdzić, ze nie umiem.
Kobieta wstała, zdjęła okulary i zrobiła groźną minę.
-Klaso pierwsza b na czele z panem Derkaczem i panną Nowicką! Czy państwo sobie wyobrażają, że bezkarnie się nie będą uczyć na mój przedmiot, a ja będę to pobłażała? To wy znacie takie słowa jak pipa, dupa, cycki, a inwokacji do "Pana Tadeusza nie znacie? To jest polska młodzież? Humaniści za dychę! Co to to nie moi państwo!
-Ale pani profesor...- Nowicka próbowała uratować sytuację, ale nie koniecznie jej wychodziło.
-czy ty moja panno masz czelność jeszcze ze mną rozmawiać? Ja nie mam najmniejszego zamiaru, bo nie jest panna w takim razie na moim poziomie intelektualnym! Zejdźcie mi oboje z oczu, najlepiej opuście klasę.
-Ale...
-Wyjdź!
Nie trzeba było nam długo powtarzać. Opuściliśmy salę i zamknęliśmy za sobą drzwi.
Nawiasem mówiąc to nie wiedziałem, że w toalecie męskiej podczas lekcji jest tyle osób. Jedni siedzą na umywalkach i o czymś dyskutują, drudzy grają na podłodze w karty, a jeszcze inni w kącie palą papierosy. Otworzyłem pierwszą z brzegu wolną kabinę, a w środku ku mojemu zdziwieniu siedziało na toalecie dwóch chłopaków chyba z trzeciej klasy i namiętnie się całowali. Jeden z nich spostrzegł mnie i jak gdyby nigdy nic powiedział:
-Jak chcesz to się możesz przyłączyć!- stanąłem jak wryty i nie wiedziałem co powiedzieć.
-Nie dzięki, może innym razem.- odparłem zupełnie zaskoczony.
-Nie ma sprawy. Jak będziesz chciał to wal jak w dym.
-Spoko.- I zamknąłem drzwi nie chcą przeszkadzać już kolegom więcej.
Wiedziałem, że moja szkoła jest nad wyraz tolerancyjną i, że chodzą tu różne indywidua, ale nigdy do tej pory aż tak tego nie doświadczyłem.
niedziela, 3 stycznia 2010
Zupełnie niespodziewana impreza sylwestrowa
Plany na Sylwestra? Zapowiadał się rewelacyjnie! Dostałem zaproszenie by spędzić do ze swoimi znajomymi Markiem i jego dziewczyną, na miłym maratoniku filmowym przy lampce sampana, a tuż po obejrzeniu fajerwerków o 24:01 zmyć się grzecznie do domku i pójść spać jak przykładny licealista. Zuza poszła w towarzystwie Barnaby na imprezę z ludźmi z muzycznej, no a Nowicka? Przyjęła oczywiście zaproszenie Tomka na techno party do "Eight" i kupiwszy nowe białe kozaczki, bielutką jak śnieg mini-sukienkę z wielkim dekoltem i wystrzałową konstrukcją przypominającą trochę Wieżę Eiffla na głowie oddała się sylwestrowej nocy. Moi rodzice razem z Marka rodzicami bawili się na wsi na jakimś hucznie zwanym "balu pokoleń", na który nas namawiali. Chociaż w uczestnictwo moich rodzicieli wątpiłem, bo mama wylewała od godziny 7:00 łzy, że wszystkie kreacje, które kupiła na ten wieczór nie są dość atrakcyjne i modne. Cóż miał począć mój biedny ojciec, któremu współczuje, ze wybrał los u boku mej rodzicielki. Wsiadł w samochód i objechali wszystkie butiki, galerie, targi, sklepy, sklepiki, by znaleźć tą najbardziej odpowiednią! Przyjechali około godziny 14 obładowany torbami, głody, zmarznięci i zdziwieni, że nie ugotowaliśmy z Kacprem obiadu. Mama nadal rozpaczała, bo uznała, że i tak nic z tego nie się nadaje. Wzięła stertę ubrań i poleciała do znajomej krawcowej by je przerobić. Z obiadem na szczęście na ratunek przybyła babcia, która zabrała Kacpra na noc do siebie. Rodzicielka wpadła tylko zjadła w locie trzy pierogi, wcisnęła się w kreację i pobiegła nałożyć jakiś tam make-up, bo zostało dokładnie 11 min. do przyjazdu rodziców Marka. Przed wyjściem pokłócili się jeszcze jakieś 25 razy, mama 19 razy powiedziała, ze nie jedzie i wreszcie wyszli!
Wszystko szło po mojej myśli. Kilka filmów, które oglądałem praktycznie tylko w towarzystwie koleżanki brata siostry znajomej dziewczyny Marka, która przyszła by ją ze mną zeswatano, co się w rezultacie nie udało, a mój kolega z kobietą swego życia w pokoju obok konsumowali swą miłość. O północy wyszliśmy przed budynek i z lampką szampana, oglądając sztuczne ognie witaliśmy Nowy Rok, życząc mi, wszyscy jak jeden mąż (nie wiedzieć czemu, jakby cholera mi była potrzebna) "fajnej dziewczyny". Zbierałem się już do domu, kiedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pokazał mi się numer Zuzy. Słychać było jeden wrzask:
-Halo, Derkacz? Jesteś tam?
-Tak jestem!- również krzyknąłem coby koleżanka mnie usłyszała.
-Przestań mi się cholera wydzierać do ucha, bo rozmawiam przez telefon pacanie! Nie to nie do ciebie. Gdzie jesteś?
-U kolegi koło mnie. A co chcesz mi osobiście złożyć życzenia?
-Nie piernicz głupot tylko podaj adres i wychodź przed dom, zaraz będę tam taksówką!
-Coś się stało?- spytałem zaniepokojony.
-Nie, to znaczy tak, to znaczy nie wiem! Opowiem ci jak się spotkamy!
Stałem przed blokiem przebierając nogami z zimna i głowiąc się co się stało. Może Zuza pokłóciła się z Barnabą? Tylko dlaczego jedzie do mnie, przecież w takiej sytuacji to Nowicka pomoże, a nie ja! W końcu przyjechała.
-Dzwoniła przed chwilą Nowicka i... Pod klub "Eight" proszę!- dała znać taksówkarzowi, który natychmiast ruszył- i wypłakała mi tylko do słuchawki, czy mogę po nią przyjechać, bo ona nie wie co ma ze sobą zrobić, ani gdzie pójść. Po glosie poznałam, że jest trochę zalana. ja od razu mówiłem, żeby tam nie szła! Na pewno ten Tomek ją zgwałcił i teraz... Matko Boska, będę ciotką! No i kto będzie tego bachora bawił? Oczywiście, ze ja!
-Zuza nie nakręcaj się! A do "Eight" sama ją namawiałaś!
-Ja?! Bluźnisz!
Jechaliśmy już w ciszy do końca. Po wyjściu z taksówki zobaczyłem zapłakaną Nowicką siedzącą na ławeczce pod klubem z tymi wszystkimi bajerami na sobie. Zuza od razu podbiegła i zaczęła pytać co się stało.
-Ten Tomek to cholerny dupek! Dzięki, że przyjechaliście! Przepraszam, zepsułam wam Sylwestra!
-Nie, przestań Nowicka. Ja i tak nie robiłem nic ciekawego. Mów lepiej co się stało. mam gdzieś dzwonić, czy go znaleźć i pobić?- poczułem się do męskiego obowiązku, choć wiedziałem, że nie wygram z 20-letnim bydlakiem.
-dzięki, ale się obędzie. Bo to było tak- opowiadała Nowicka mocno szlochając.- na początku świetnie się bawiliśmy. Jeden, drugi, trzeci drink, taniec, przytulanie...
-Co zgwałcił cie? Od początku tak czułam, wiedziałam! A to palant...- Zuza się bardzo przejęła.
-Daj mi skończyć! Spotkaliśmy moje koleżanki i kolegów Tomka. Usiedliśmy przy jednym stoliku, no i od razu jakoś tak, ze połączyliśmy się w takie parki.jedni tańczyli, drudzy rozmawiali, a trzeci od razu przeszli do rzeczy. Poszłam z taką Karoliną na papierosa na zewnątrz i zobaczyłam jak on się tam obściskuje z taką jedną. Podeszłam, wymierzyłam mu policzek, rzuciłam wiązankę niecenzuralnych słów i wybiegłam do toalety. On poszedł za mną. Tłumaczył, ze ona nic nie znaczy, zaczął przytulać i całować. Pomyślałam, że może rzeczywiście to nic nie znaczyło i, że mu wybaczę. Powiedziałam, że się nie gniewam, a on zaczął mnie całować po całym ciele, włożył mi rękę pod bluzkę i zaczął ją rozpinać. Odepchnęłam go i zapytałam co robi. On na to, że oboje tego chcemy i żebym nie udawała. Więc uciekłam z tamtąd i zadzwoniłam do Zuzy!
Zuzę najwidoczniej zamurowało, bo po chwili zdołała tylko wykrztusić:
-A mówiłam ci nie pal! Jakbyś nie wyszła na papierosa nic by się nie stało!
-Przestań ją dołować! Jedziemy do mnie. Dom pusty, rodzice wracają po południu. mam jakieś wino, coś zjemy i pogadamy. Co wy na to?
Wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy do mnie. Noc zupełnie nieplanowana spędzona bardzo mile. Zjedliśmy mrożoną pizzę, obejrzeliśmy horror, który okazał się komedią, a około 5 rano weszliśmy na chat "Sex po 50-tce" i nickiem "pochwa_zycia" podniecaliśmy napalonych, starych zboczuchów.
-Ty a jak tam twoja impreza Zuza?- pytała ciekawska Nowicka.
-W sumie? Za ciekawie nie było. W jednym końcu sali upijali się w trupa, a w drugim końcu, tym naszym, było raczej spokojnie i drętwo. Raczej nikt nie tańczył. Barnaba z kolegami i koleżankami wymieniali spostrzeżenia na temat akordów, Bacha, flażoletów i gam, a ja się trochę czułam jak piąte koło u wozu. Wściekł się, że zostawiam go tam samego dla Nowickiej, ale w spokoju bez duszy na ramieniu mógł się oddawać interesującym i ciekawym rozmową- wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
Nawet nie wiem kiedy zasnęliśmy.
Jakie musiało być zdziwienie mojej mamy, kiedy weszła do pokoju o 13 i zobaczyła mnie śpiącego w otoczeniu dwóch koleżanek.
Zupełnie niespodziewana impreza wyszła świetnie. Uznaliśmy, ze przyszłego Sylwestra spędzimy bez żadnych Barnab, Tomków, muzyków, klubów i swatek, tylko we trójkę.
Wszystko szło po mojej myśli. Kilka filmów, które oglądałem praktycznie tylko w towarzystwie koleżanki brata siostry znajomej dziewczyny Marka, która przyszła by ją ze mną zeswatano, co się w rezultacie nie udało, a mój kolega z kobietą swego życia w pokoju obok konsumowali swą miłość. O północy wyszliśmy przed budynek i z lampką szampana, oglądając sztuczne ognie witaliśmy Nowy Rok, życząc mi, wszyscy jak jeden mąż (nie wiedzieć czemu, jakby cholera mi była potrzebna) "fajnej dziewczyny". Zbierałem się już do domu, kiedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pokazał mi się numer Zuzy. Słychać było jeden wrzask:
-Halo, Derkacz? Jesteś tam?
-Tak jestem!- również krzyknąłem coby koleżanka mnie usłyszała.
-Przestań mi się cholera wydzierać do ucha, bo rozmawiam przez telefon pacanie! Nie to nie do ciebie. Gdzie jesteś?
-U kolegi koło mnie. A co chcesz mi osobiście złożyć życzenia?
-Nie piernicz głupot tylko podaj adres i wychodź przed dom, zaraz będę tam taksówką!
-Coś się stało?- spytałem zaniepokojony.
-Nie, to znaczy tak, to znaczy nie wiem! Opowiem ci jak się spotkamy!
Stałem przed blokiem przebierając nogami z zimna i głowiąc się co się stało. Może Zuza pokłóciła się z Barnabą? Tylko dlaczego jedzie do mnie, przecież w takiej sytuacji to Nowicka pomoże, a nie ja! W końcu przyjechała.
-Dzwoniła przed chwilą Nowicka i... Pod klub "Eight" proszę!- dała znać taksówkarzowi, który natychmiast ruszył- i wypłakała mi tylko do słuchawki, czy mogę po nią przyjechać, bo ona nie wie co ma ze sobą zrobić, ani gdzie pójść. Po glosie poznałam, że jest trochę zalana. ja od razu mówiłem, żeby tam nie szła! Na pewno ten Tomek ją zgwałcił i teraz... Matko Boska, będę ciotką! No i kto będzie tego bachora bawił? Oczywiście, ze ja!
-Zuza nie nakręcaj się! A do "Eight" sama ją namawiałaś!
-Ja?! Bluźnisz!
Jechaliśmy już w ciszy do końca. Po wyjściu z taksówki zobaczyłem zapłakaną Nowicką siedzącą na ławeczce pod klubem z tymi wszystkimi bajerami na sobie. Zuza od razu podbiegła i zaczęła pytać co się stało.
-Ten Tomek to cholerny dupek! Dzięki, że przyjechaliście! Przepraszam, zepsułam wam Sylwestra!
-Nie, przestań Nowicka. Ja i tak nie robiłem nic ciekawego. Mów lepiej co się stało. mam gdzieś dzwonić, czy go znaleźć i pobić?- poczułem się do męskiego obowiązku, choć wiedziałem, że nie wygram z 20-letnim bydlakiem.
-dzięki, ale się obędzie. Bo to było tak- opowiadała Nowicka mocno szlochając.- na początku świetnie się bawiliśmy. Jeden, drugi, trzeci drink, taniec, przytulanie...
-Co zgwałcił cie? Od początku tak czułam, wiedziałam! A to palant...- Zuza się bardzo przejęła.
-Daj mi skończyć! Spotkaliśmy moje koleżanki i kolegów Tomka. Usiedliśmy przy jednym stoliku, no i od razu jakoś tak, ze połączyliśmy się w takie parki.jedni tańczyli, drudzy rozmawiali, a trzeci od razu przeszli do rzeczy. Poszłam z taką Karoliną na papierosa na zewnątrz i zobaczyłam jak on się tam obściskuje z taką jedną. Podeszłam, wymierzyłam mu policzek, rzuciłam wiązankę niecenzuralnych słów i wybiegłam do toalety. On poszedł za mną. Tłumaczył, ze ona nic nie znaczy, zaczął przytulać i całować. Pomyślałam, że może rzeczywiście to nic nie znaczyło i, że mu wybaczę. Powiedziałam, że się nie gniewam, a on zaczął mnie całować po całym ciele, włożył mi rękę pod bluzkę i zaczął ją rozpinać. Odepchnęłam go i zapytałam co robi. On na to, że oboje tego chcemy i żebym nie udawała. Więc uciekłam z tamtąd i zadzwoniłam do Zuzy!
Zuzę najwidoczniej zamurowało, bo po chwili zdołała tylko wykrztusić:
-A mówiłam ci nie pal! Jakbyś nie wyszła na papierosa nic by się nie stało!
-Przestań ją dołować! Jedziemy do mnie. Dom pusty, rodzice wracają po południu. mam jakieś wino, coś zjemy i pogadamy. Co wy na to?
Wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy do mnie. Noc zupełnie nieplanowana spędzona bardzo mile. Zjedliśmy mrożoną pizzę, obejrzeliśmy horror, który okazał się komedią, a około 5 rano weszliśmy na chat "Sex po 50-tce" i nickiem "pochwa_zycia" podniecaliśmy napalonych, starych zboczuchów.
-Ty a jak tam twoja impreza Zuza?- pytała ciekawska Nowicka.
-W sumie? Za ciekawie nie było. W jednym końcu sali upijali się w trupa, a w drugim końcu, tym naszym, było raczej spokojnie i drętwo. Raczej nikt nie tańczył. Barnaba z kolegami i koleżankami wymieniali spostrzeżenia na temat akordów, Bacha, flażoletów i gam, a ja się trochę czułam jak piąte koło u wozu. Wściekł się, że zostawiam go tam samego dla Nowickiej, ale w spokoju bez duszy na ramieniu mógł się oddawać interesującym i ciekawym rozmową- wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
Nawet nie wiem kiedy zasnęliśmy.
Jakie musiało być zdziwienie mojej mamy, kiedy weszła do pokoju o 13 i zobaczyła mnie śpiącego w otoczeniu dwóch koleżanek.
Zupełnie niespodziewana impreza wyszła świetnie. Uznaliśmy, ze przyszłego Sylwestra spędzimy bez żadnych Barnab, Tomków, muzyków, klubów i swatek, tylko we trójkę.
środa, 30 grudnia 2009
Trzeba spalić poświąteczne kalorie!
Poniedziałkowy spacer z Nowicką i Zuzą udał się jak najbardziej. Było strasznie zimno, ale my nie dawaliśmy za wygraną! Trzeba spalić poświąteczne kalorie!
Szliśmy sobie tak w zawiei po centrum miasta i pobliskim parku miejskim i chwaliliśmy się sobie co kto dostał pod choinkę. Nowicka dostała od rodziców nową piżamę, bambosze i perfumy,a no i mnóstwo pieniędzy. Burżuazja to burżuazja. Zuza dostała w prezencie na święta Bożego Narodzenia, najbliższe urodziny, dzień dziecka, święto niepodległości od całej rodziny nową, najprawdziwszą i jak najbardziej jej wiolonczelę! Podniecona była już od wyjścia z autobusu.
-Słuchajcie w życiu nie zgadniecie co dostałam pod choinkę, bo ja bym w życiu nie zgadła! No zgadujcie...- nie dała nam chwili do namysłu i wykrzyczała- wiem, że i tak nie zgadniecie, więc wam powiem. Dostałam nowiuteńką i tylko moją wiolonczelę! Rodzice powiedzieli, że to był duży wydatek i, że nie dostanę przez najbliższy rok nic oprócz jedzenia, ale wytrzymam! Przeraża mnie tylko to, że oni są zdolni do to tego, no wiecie z tym jedzeniem...
-No a ja dostałem kilka książek i...
-Nie no fajnie- skwitowała Zuza.- Bo wiecie ta moja nowa wiolonczela...
-Przestań cholera jasna pierniczyć o tej wiolonczeli, bo są tematy ważniejsze!- Nowicka najwidoczniej już nie wytrzymywała!
-W ogóle nie jesteś czuła na innych i chyba ty mi zazdrościsz!- powiedziała z wielkim żalem i złością Zuza
-Wiolonczela, wiolonczela... super! Strasznie ci zazdroszczę, ale teraz przejdźmy do Sylwestra. Bo ja nie wiem co ja mam robić! Maciek mnie zaprosił na domówkę do siebie na wioskę, Erwin zaproponował mi Sylwestra we Wrocławiu, a ten Tomek, ach Tomek... On to mnie zaprosił to tej nowego Clubu "Eight". No i co ja mam robić? Cała trójka fajna...
-Powiem krótko. Na domówkę do Maćka nie idź, bo facetom chodzi tylko o jedno i na pewno Cię zgwałci! Wrocław może kuszący, ale na noc pewnie wylądujecie gdzieś na jakiejś melinie, nie wiadomo u kogo. Idź do "Eight". Jak ci się nie będzie podobać zawsze możesz zmienić towarzystwo, albo wrócić do domu. Tylko pilnuj drinka czy czegoś tam, żeby ci czegoś tam nie wsypali, bo mojego kolegi, koleżanki znajoma to była w...
Zuza wczuła się w rolę troskliwej i opiekuńczej "mateczki".
-Masz rację Zuza. Tak też zrobię. Tylko co ja na siebie ubiorę? Że też ten cholerny Kamil zostawił mnie teraz, a mieliśmy jechać nad morze!
Kiedy poszliśmy na autobus powrotny na przystanku siedziała romantyczna para obściskiwała się i całowała namiętnie. Nowicka próbowała nie zwracać na nich uwagi zagadując nas, ale jej niedawno bardzo zranione, a jakże krwawiące serce dawało o sobie znać. Para nie zwracała na nas uwagi. Dziewczyna usiadła okrakiem na chłopaku i dalej się namiętnie całowali, a on "masował" jej plecy pod kurtką. Nowicka nie wytrzymała, podeszła do namiętnej pary i zaczęła grzecznie:
-Przepraszam, bo ja.., przepraszam...
Para nawet nie zauważyła mojej zranionej z krwawiącym sercem koleżanki i wciąż oddawała się poprzednim czynnościom.
-Przepraszam, halo! Czy wy mnie cholera jasna słyszycie?- powiedziała już dużo mniej grzecznie Nowicka.
dziewczyna oderwała się od ust chłopaka dość niechętnie i bardzo zła, ze ktoś im przeszkadza w celebrowaniu ich miłości rzuciła chamskie:
-Czego?
-Czego?! To ja się pytam czego? Czy wy przepraszam nie macie domu?
-O co ci laska chodzi- ciągnęła dalej niemiło oddana miłości niewiasta.
-O co mi chodzi? Patrzcie ją! jak zaraz nie przestaniecie się lizać w miejscu publicznym to albo zadzwonię na policję, albo przypierniczę ci w twój wyszczekany ryj! Jeszcze brakowało, żeby sex tu uprawiać zaczęli. Jeszcze czego! Czy wy nie możecie uszanować i zważyć na to, ze ktoś nie ma ochoty oglądać waszych obściskiwać i macań?
-Laska wrzuć na luz! Spoko! Nie pasuje ci to idziemy! Chodź misiu, bo ona jest jakaś psychiczna!
Para wstała i wielce dumni przeszli na ławkę obok przystanku gdzie usiedli i kontynuowali to, co przerwała im bezczelna Nowicka.
-No zaraz wstanę i przydzwonię jej...- burzyła się dalej zraniona z krwawiącym sercem i już niekoniecznie niegrzecznie.
-Daj spokój Nowicka! Oddychaj, raz, dwa, trzy, spokojnie... nie denerwuj się! Już poszli sobie, a my jedziemy do mnie do domu, na herbatę, spokojnie...- uspokajała najspokojniejsza Zuza.
-Jakie spokój, Zuza?! Ja dzwonie na policję! derkacz jaki jest numer, bo ja nie wytrzymam!
Na nasze, Nowickiej i romantycznych kochanków szczęście przyjechał nasz autobus, do którego wsiedliśmy, a zraniona koleżanka z krwawiącym sercem i trzęsącymi ze zdenerwowania rękami wsiadła do autobusu i przeżywała później jeszcze cały wieczór ten incydent.
Szliśmy sobie tak w zawiei po centrum miasta i pobliskim parku miejskim i chwaliliśmy się sobie co kto dostał pod choinkę. Nowicka dostała od rodziców nową piżamę, bambosze i perfumy,a no i mnóstwo pieniędzy. Burżuazja to burżuazja. Zuza dostała w prezencie na święta Bożego Narodzenia, najbliższe urodziny, dzień dziecka, święto niepodległości od całej rodziny nową, najprawdziwszą i jak najbardziej jej wiolonczelę! Podniecona była już od wyjścia z autobusu.
-Słuchajcie w życiu nie zgadniecie co dostałam pod choinkę, bo ja bym w życiu nie zgadła! No zgadujcie...- nie dała nam chwili do namysłu i wykrzyczała- wiem, że i tak nie zgadniecie, więc wam powiem. Dostałam nowiuteńką i tylko moją wiolonczelę! Rodzice powiedzieli, że to był duży wydatek i, że nie dostanę przez najbliższy rok nic oprócz jedzenia, ale wytrzymam! Przeraża mnie tylko to, że oni są zdolni do to tego, no wiecie z tym jedzeniem...
-No a ja dostałem kilka książek i...
-Nie no fajnie- skwitowała Zuza.- Bo wiecie ta moja nowa wiolonczela...
-Przestań cholera jasna pierniczyć o tej wiolonczeli, bo są tematy ważniejsze!- Nowicka najwidoczniej już nie wytrzymywała!
-W ogóle nie jesteś czuła na innych i chyba ty mi zazdrościsz!- powiedziała z wielkim żalem i złością Zuza
-Wiolonczela, wiolonczela... super! Strasznie ci zazdroszczę, ale teraz przejdźmy do Sylwestra. Bo ja nie wiem co ja mam robić! Maciek mnie zaprosił na domówkę do siebie na wioskę, Erwin zaproponował mi Sylwestra we Wrocławiu, a ten Tomek, ach Tomek... On to mnie zaprosił to tej nowego Clubu "Eight". No i co ja mam robić? Cała trójka fajna...
-Powiem krótko. Na domówkę do Maćka nie idź, bo facetom chodzi tylko o jedno i na pewno Cię zgwałci! Wrocław może kuszący, ale na noc pewnie wylądujecie gdzieś na jakiejś melinie, nie wiadomo u kogo. Idź do "Eight". Jak ci się nie będzie podobać zawsze możesz zmienić towarzystwo, albo wrócić do domu. Tylko pilnuj drinka czy czegoś tam, żeby ci czegoś tam nie wsypali, bo mojego kolegi, koleżanki znajoma to była w...
Zuza wczuła się w rolę troskliwej i opiekuńczej "mateczki".
-Masz rację Zuza. Tak też zrobię. Tylko co ja na siebie ubiorę? Że też ten cholerny Kamil zostawił mnie teraz, a mieliśmy jechać nad morze!
Kiedy poszliśmy na autobus powrotny na przystanku siedziała romantyczna para obściskiwała się i całowała namiętnie. Nowicka próbowała nie zwracać na nich uwagi zagadując nas, ale jej niedawno bardzo zranione, a jakże krwawiące serce dawało o sobie znać. Para nie zwracała na nas uwagi. Dziewczyna usiadła okrakiem na chłopaku i dalej się namiętnie całowali, a on "masował" jej plecy pod kurtką. Nowicka nie wytrzymała, podeszła do namiętnej pary i zaczęła grzecznie:
-Przepraszam, bo ja.., przepraszam...
Para nawet nie zauważyła mojej zranionej z krwawiącym sercem koleżanki i wciąż oddawała się poprzednim czynnościom.
-Przepraszam, halo! Czy wy mnie cholera jasna słyszycie?- powiedziała już dużo mniej grzecznie Nowicka.
dziewczyna oderwała się od ust chłopaka dość niechętnie i bardzo zła, ze ktoś im przeszkadza w celebrowaniu ich miłości rzuciła chamskie:
-Czego?
-Czego?! To ja się pytam czego? Czy wy przepraszam nie macie domu?
-O co ci laska chodzi- ciągnęła dalej niemiło oddana miłości niewiasta.
-O co mi chodzi? Patrzcie ją! jak zaraz nie przestaniecie się lizać w miejscu publicznym to albo zadzwonię na policję, albo przypierniczę ci w twój wyszczekany ryj! Jeszcze brakowało, żeby sex tu uprawiać zaczęli. Jeszcze czego! Czy wy nie możecie uszanować i zważyć na to, ze ktoś nie ma ochoty oglądać waszych obściskiwać i macań?
-Laska wrzuć na luz! Spoko! Nie pasuje ci to idziemy! Chodź misiu, bo ona jest jakaś psychiczna!
Para wstała i wielce dumni przeszli na ławkę obok przystanku gdzie usiedli i kontynuowali to, co przerwała im bezczelna Nowicka.
-No zaraz wstanę i przydzwonię jej...- burzyła się dalej zraniona z krwawiącym sercem i już niekoniecznie niegrzecznie.
-Daj spokój Nowicka! Oddychaj, raz, dwa, trzy, spokojnie... nie denerwuj się! Już poszli sobie, a my jedziemy do mnie do domu, na herbatę, spokojnie...- uspokajała najspokojniejsza Zuza.
-Jakie spokój, Zuza?! Ja dzwonie na policję! derkacz jaki jest numer, bo ja nie wytrzymam!
Na nasze, Nowickiej i romantycznych kochanków szczęście przyjechał nasz autobus, do którego wsiedliśmy, a zraniona koleżanka z krwawiącym sercem i trzęsącymi ze zdenerwowania rękami wsiadła do autobusu i przeżywała później jeszcze cały wieczór ten incydent.
piątek, 25 grudnia 2009
Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy!
Wigilia klasowa była dość, dość...
Stół uginał się od wielu potraw. Dziewięć rodzajów ciast, barszcz, uszka zrobione przez Owcę, barszcz Zuzy, sałatki, orzechy, daktyle... Była nawet kutia! Poszaleli! Przyszli się nażreć, czy co?
Nasza dbająca o czas wychowawczyni przeznaczyła na mowę dziękczynno-życzeniową dokładnie 5 minut. Och- ów i ach- ów nie było końca. Za wigilię, za oceny, za frekwencję, za zachowanie itp., itd.
Życzenia dość dziwne! Ludziom wydaje się, że jeżeli poszedłeś na kilka prób szkolnego chóru, czy kilka razy powiedziałeś coś śmiesznego to nie pozostaje im nic innego jak z okazji świąt życzyć ci świetnego śpiewania w chórze i żebyś był tak samo zabawny jak dotychczas! Wydaje mi się, że jeszcze za mało się znamy. Chociaż z drugiej strony Nowicka życzyła mi dużo seksu i fajnej laski.
Kiedy przyszła kolej na prezenty Owca poderwała się z miejsca, włożyła czapkę Mikołaja na głowę i zaczęła skakać w kółko, krzycząc: "teraz ja, teraz ja! Prezenty!".
I dziwadło zaczęło rozdawać prezenty. Niestety nikt nie otrzymał swojego bez zaśpiewania kolędy lub powiedzenia jakiegoś ładnego wierszyka. Czułem się jak w przedszkolu!
Owca bardzo się ucieszyła z gwiazdkowych kolczyków jakby zupełnie nie wiedziała co dostanie na mikołajki.
Ja z prezentu także się ucieszyłem. Już po rozpakowaniu wiedziałem, że robiła mi go Nowicka. Dostałem książkę "Jedenaście minut", pełną seksu, prostytucji, wyuzdania i perwersji. I do tego ten liścik: "Niech życie Marii będzie natchnieniem dla Twojego:P Święty Mikołaj:)"
Domowa Wigilia upłynęła pod znakiem hałasu, harmidru, krzyków i przechwałek typu: "A moja Jola to już po pół roku w Szkole Muzycznej gry na skrzypcach dostała najtrudniejsze utwory". Trudno o coś innego jak na powierzchni 64 metrów kwadratowych zbierze się 20 niekoniecznie lubiących się osób. Jednak moja mama dochodzi do wniosków, że święta bez całej rodziny, to nie święta! Przy opłatku życzono mi standardowo powodzenia w szkole, zdanej matury (skończcie wy wszyscy do cholery z tą maturą!) i miłości. Kuzyni przed całą Wigilię spędzili przed moim komputerem. Natomiast kuzynki spędziły na przechwalaniu się która jest lepsza z piosenkami i gadżetami Hanny Montany w tle.
Czy w Waszych domach też podczas Wigilia to pretekst do wypicia hektolitrów alkoholu? Bo u mnie to już chyba tradycja! A z innych tradycji to przede wszystkim Kevin sam w domu i w Nowym Jorku. Toż to podstawa!
A, bo dzisiaj Boże Narodzenie. Więc wszystkiego najlepszego! Koleżanka powiedziała zauważyła słusznie, że zazwyczaj życzy się ludziom tego co cię samemu chce usłyszeć, więc życzę Wam owocnych dni spędzonych w szkole, sukcesów miłosnych, cierpliwości do kobiet (szczególnie do Zuzy i Nowickiej) i dużo przyjaźni:)
Stół uginał się od wielu potraw. Dziewięć rodzajów ciast, barszcz, uszka zrobione przez Owcę, barszcz Zuzy, sałatki, orzechy, daktyle... Była nawet kutia! Poszaleli! Przyszli się nażreć, czy co?
Nasza dbająca o czas wychowawczyni przeznaczyła na mowę dziękczynno-życzeniową dokładnie 5 minut. Och- ów i ach- ów nie było końca. Za wigilię, za oceny, za frekwencję, za zachowanie itp., itd.
Życzenia dość dziwne! Ludziom wydaje się, że jeżeli poszedłeś na kilka prób szkolnego chóru, czy kilka razy powiedziałeś coś śmiesznego to nie pozostaje im nic innego jak z okazji świąt życzyć ci świetnego śpiewania w chórze i żebyś był tak samo zabawny jak dotychczas! Wydaje mi się, że jeszcze za mało się znamy. Chociaż z drugiej strony Nowicka życzyła mi dużo seksu i fajnej laski.
Kiedy przyszła kolej na prezenty Owca poderwała się z miejsca, włożyła czapkę Mikołaja na głowę i zaczęła skakać w kółko, krzycząc: "teraz ja, teraz ja! Prezenty!".
I dziwadło zaczęło rozdawać prezenty. Niestety nikt nie otrzymał swojego bez zaśpiewania kolędy lub powiedzenia jakiegoś ładnego wierszyka. Czułem się jak w przedszkolu!
Owca bardzo się ucieszyła z gwiazdkowych kolczyków jakby zupełnie nie wiedziała co dostanie na mikołajki.
Ja z prezentu także się ucieszyłem. Już po rozpakowaniu wiedziałem, że robiła mi go Nowicka. Dostałem książkę "Jedenaście minut", pełną seksu, prostytucji, wyuzdania i perwersji. I do tego ten liścik: "Niech życie Marii będzie natchnieniem dla Twojego:P Święty Mikołaj:)"
Domowa Wigilia upłynęła pod znakiem hałasu, harmidru, krzyków i przechwałek typu: "A moja Jola to już po pół roku w Szkole Muzycznej gry na skrzypcach dostała najtrudniejsze utwory". Trudno o coś innego jak na powierzchni 64 metrów kwadratowych zbierze się 20 niekoniecznie lubiących się osób. Jednak moja mama dochodzi do wniosków, że święta bez całej rodziny, to nie święta! Przy opłatku życzono mi standardowo powodzenia w szkole, zdanej matury (skończcie wy wszyscy do cholery z tą maturą!) i miłości. Kuzyni przed całą Wigilię spędzili przed moim komputerem. Natomiast kuzynki spędziły na przechwalaniu się która jest lepsza z piosenkami i gadżetami Hanny Montany w tle.
Czy w Waszych domach też podczas Wigilia to pretekst do wypicia hektolitrów alkoholu? Bo u mnie to już chyba tradycja! A z innych tradycji to przede wszystkim Kevin sam w domu i w Nowym Jorku. Toż to podstawa!
A, bo dzisiaj Boże Narodzenie. Więc wszystkiego najlepszego! Koleżanka powiedziała zauważyła słusznie, że zazwyczaj życzy się ludziom tego co cię samemu chce usłyszeć, więc życzę Wam owocnych dni spędzonych w szkole, sukcesów miłosnych, cierpliwości do kobiet (szczególnie do Zuzy i Nowickiej) i dużo przyjaźni:)
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Owcowe opóźnienie
Zamiast prezentów i klasowych mikołajek wybraliśmy wyjazd na lodowisko do Świdnicy. Zbióreczka o 8:00 pod szkołą. Nowicka oczywiście przyszła o 8:15, bo autobus jej dosłownie uciekł z przed nosa i musiała czekać na następny.
Nasza wychowawczyni, która wszystko uwielbia mieć od linijki, wszystko musi być na czas prawie zagotowała się ze złości. Kiedy Nowicka weszła do autobusu wykrzyczała tylko:
-Czy panna Nowicka wie która jest godzina? Spóźniłaś się 10 minut 34 sekundy i 3 setne sekundy! Zostaną wyciągnięte z tego konsekwencje! Zamiast kolejnej bezmyślnej rzeczy pod choinkę proszę poprosić rodziców o zegarek. Teraz usiądź i nie rób więcej zamieszania!
I ruszyliśmy. Droga do Świdnicy minęła dość dziwnie. W małych grupach rozmawialiśmy tylko między sobą. Niektórzy słuchali muzyki, inni czytali książki, a jeszcze inni, tak jak Zuza spali.
Dochodzę do wniosku, że łyżwy nie są moją najlepszą stroną po 67 upadkach w ciągu jednej godziny. Podczas drugiej tercji było już coraz lepiej. Nowicka jeździła jak zawodowa łyżwiarka. W przód, w tył, w bok, z piruetem i czego ona tam jeszcze nie robiła. I tylko słyszałem co chwilę przy kolejnym upadku:
-Derkacz wstawaj, przecież to takie proste. Patrz...
Zuza nie była mistrzynią, ale szło jej dużo lepiej niż mnie. Zbawiennymi okazały się miękkie barierki! Myślę, ze jeszcze tak ze trzy godziny tam spędzone i jeździłbym "prawie" tak jak Nowicka.
Po lodowisku zostało nam jeszcze, jak oznajmiła wychowawczyni, 2 godziny, 34 minuty i 15 sekundy czasu wolnego. Mięliśmy się spotkać w samym centrum obok dużej fontanny, którą wychowawczyni pokazała nam 10000 razy. Mieliśmy mieć dokładnie 3 minuty i 29 sekund na przejście do autobusu i odjechać. Podzieliliśmy się na grupki i ruszyliśmy na podboje Świdnicy. Zuza i Nowicka były głodne, więc coś zjedliśmy, a potem mijając kolegów z klasy przeszliśmy przez jarmark świąteczny. Nowicka nie chcąc już podpadać zmobilizowała nas do wcześniejszego przybycia na zbiórkę. Wszyscy się ustawili i już mięliśmy odjeżdżać, kiedy to ktoś krzyknął:
-Ale Owcy nie ma!
-Właśnie nie ma Owcy... to znaczy nie ma Kasi- zaniepokoiła się nauczycielka.- czy ktoś ma do niej numer, żeby zadzwonić?- spytała głupio.
Oczywiście wszyscy się rzucili, żeby go podać. las rąk!
-Chyba nikt nie ma do niej numeru proszę pani- rzucił ktoś z tłumu.
-Dobrze, poczekajmy jeszcze chwilę, na pewno się zaraz znajdzie.
Kobieta zaczęła chodzić nerwowo i spoglądać co chwilę na zegarek. Po 15 minutach rozdzieliliśmy się w poszukiwaniu Owcy i zaraz mięliśmy się znowu spotkać przy tej j samej fontannie.
Przeczesaliśmy cały rynek, wszystkie kamienice i sklepy. Owca przepadła jak kamień w wodę!
Po chyba godzinie oczekiwań wychowawczyni zadzwoniła nieśmiało do rodziców, żeby jej podali numer do Owcy. Ci najpierw się nakrzyczeli, ze jest nieodpowiedzialna, że napiszą skargę, a potem grzecznie podali numer i poprosili, żeby jak się znajdzie dała znać. Nauczycielka zdenerwowana wykonała telefon.
Okazało się, że Owca była gdzieś na obiedzie, a potem poszła na miejsce zbiórki. tylko ona myślała, że spotykamy się pod lodowiskiem i w dodatku godzinę później.
Wszyscy zmarznięci, przemoczeni i zdenerwowani weszli do autokaru. Owca chyba sobie nie zdawała sprawy z tego co się stało.
W Legnicy byliśmy 2 godziny później przez korki i "owcowe opóźnienie". Wychowawczyni szczęśliwa, ze Owca się znalazła uściskała ją i nawet nie wyciągnęła konsekwencji z całej tej sytuacji.
Nasza wychowawczyni, która wszystko uwielbia mieć od linijki, wszystko musi być na czas prawie zagotowała się ze złości. Kiedy Nowicka weszła do autobusu wykrzyczała tylko:
-Czy panna Nowicka wie która jest godzina? Spóźniłaś się 10 minut 34 sekundy i 3 setne sekundy! Zostaną wyciągnięte z tego konsekwencje! Zamiast kolejnej bezmyślnej rzeczy pod choinkę proszę poprosić rodziców o zegarek. Teraz usiądź i nie rób więcej zamieszania!
I ruszyliśmy. Droga do Świdnicy minęła dość dziwnie. W małych grupach rozmawialiśmy tylko między sobą. Niektórzy słuchali muzyki, inni czytali książki, a jeszcze inni, tak jak Zuza spali.
Dochodzę do wniosku, że łyżwy nie są moją najlepszą stroną po 67 upadkach w ciągu jednej godziny. Podczas drugiej tercji było już coraz lepiej. Nowicka jeździła jak zawodowa łyżwiarka. W przód, w tył, w bok, z piruetem i czego ona tam jeszcze nie robiła. I tylko słyszałem co chwilę przy kolejnym upadku:
-Derkacz wstawaj, przecież to takie proste. Patrz...
Zuza nie była mistrzynią, ale szło jej dużo lepiej niż mnie. Zbawiennymi okazały się miękkie barierki! Myślę, ze jeszcze tak ze trzy godziny tam spędzone i jeździłbym "prawie" tak jak Nowicka.
Po lodowisku zostało nam jeszcze, jak oznajmiła wychowawczyni, 2 godziny, 34 minuty i 15 sekundy czasu wolnego. Mięliśmy się spotkać w samym centrum obok dużej fontanny, którą wychowawczyni pokazała nam 10000 razy. Mieliśmy mieć dokładnie 3 minuty i 29 sekund na przejście do autobusu i odjechać. Podzieliliśmy się na grupki i ruszyliśmy na podboje Świdnicy. Zuza i Nowicka były głodne, więc coś zjedliśmy, a potem mijając kolegów z klasy przeszliśmy przez jarmark świąteczny. Nowicka nie chcąc już podpadać zmobilizowała nas do wcześniejszego przybycia na zbiórkę. Wszyscy się ustawili i już mięliśmy odjeżdżać, kiedy to ktoś krzyknął:
-Ale Owcy nie ma!
-Właśnie nie ma Owcy... to znaczy nie ma Kasi- zaniepokoiła się nauczycielka.- czy ktoś ma do niej numer, żeby zadzwonić?- spytała głupio.
Oczywiście wszyscy się rzucili, żeby go podać. las rąk!
-Chyba nikt nie ma do niej numeru proszę pani- rzucił ktoś z tłumu.
-Dobrze, poczekajmy jeszcze chwilę, na pewno się zaraz znajdzie.
Kobieta zaczęła chodzić nerwowo i spoglądać co chwilę na zegarek. Po 15 minutach rozdzieliliśmy się w poszukiwaniu Owcy i zaraz mięliśmy się znowu spotkać przy tej j samej fontannie.
Przeczesaliśmy cały rynek, wszystkie kamienice i sklepy. Owca przepadła jak kamień w wodę!
Po chyba godzinie oczekiwań wychowawczyni zadzwoniła nieśmiało do rodziców, żeby jej podali numer do Owcy. Ci najpierw się nakrzyczeli, ze jest nieodpowiedzialna, że napiszą skargę, a potem grzecznie podali numer i poprosili, żeby jak się znajdzie dała znać. Nauczycielka zdenerwowana wykonała telefon.
Okazało się, że Owca była gdzieś na obiedzie, a potem poszła na miejsce zbiórki. tylko ona myślała, że spotykamy się pod lodowiskiem i w dodatku godzinę później.
Wszyscy zmarznięci, przemoczeni i zdenerwowani weszli do autokaru. Owca chyba sobie nie zdawała sprawy z tego co się stało.
W Legnicy byliśmy 2 godziny później przez korki i "owcowe opóźnienie". Wychowawczyni szczęśliwa, ze Owca się znalazła uściskała ją i nawet nie wyciągnęła konsekwencji z całej tej sytuacji.
piątek, 18 grudnia 2009
Żegnaj błogie lenistwo!
Święta już wiszą w powietrzu. W szkole wszystkie klasy są poozdabiane, stoją choinki i sprzedawane są na kiermaszu świątecznym pierniczki i ozdoby bożonarodzeniowe. Na dole rozstawiona jest wioska świętego Mikołaja, gdzie można za drobną opłatą zrobić sobie zdjęcie z w-f-istą przebranym za grubasa z czerwonym nosem. Wszystko oczywiście na szczytny cel!
Zuza jest w siódmym niebie! Wszystkie egzaminy w muzycznej zdane na same piątki, miłość do Barnaby kwitnie i do tego dzisiaj była ostatnia lekcja chemii w tym roku. Nic nie było w stanie popsuć jej humoru, nawet dwójka z matematyki. Do czasu!
Nadeszła rzeczona już chemia. Była to nasza siódma i ostatnia (Chwała Bogu!) lekcja. Nauczycielka rozdaje sprawdziany.
-Derkacz- dobry+, Nowicka- dobry, Zuza- dobry=.
-Pani chyba jaja sobie robi?!- wykrzyczała zupełnie niestosownie do nauczycielki Zuza.
Kobieta z pogardą na twarzy poprawiła wielkie, czarne okulary i odparła:
-Nie, nie robię sobie jaj. Jak nie chcesz czwórki to nie!
-Chcę, chcę! Przepraszam, bo to ze szczęścia. ja nigdy czwórki z chemii nie dostałam. Oprawię chyba w ramkę i nad łóżko!
-Kiedy dostaliście już sprawdziany proszę odwróćcie na drugą stronę i zobaczcie czy macie zaliczone nazewnictwo kwasów. Nie jest jednoznaczna pozytywna ocena z zaliczeniem- oznajmiła nauczycielka.
Nie muszę chyba dodawać, że nikt nie był szczęśliwy. Na całą klasę zaliczyła tylko Owca. Czemu mnie to nie dziwi?
Po powrocie do domu padło wiele niecenzuralnych słów. Niektóre słyszałem po raz pierwszy w życiu. Bałem się aż przerwać słowotoku Zuzy:
-Czy ją do reszty powaliło? ona chyba myśli, że ja to na prawdę umiem! Udało mi się przepisać wszystko ze ściągi, a nazewnictwa akurat cholera nie zdążyła. Jak chce to ja mogę przyjść i przepisać jej ze ściągi jeszcze raz! Proszę bardzo, nie widzę problemu! Czy ta chemia jest mi kurcze do czegoś w życiu potrzebna? Nie będę z dziećmi przed półką w supermarkecie, czy podczas koncertu w filharmonii liczyła jakichś gównianych kwasów. My zależy, żeby tą chemię tylko zdać i cześć jak czapka! I co teraz niby mam uczyć się całe święta chemii? No po prostu już wyciągam książkę i zaczynam! Zadanka zacznę robić w autobusie do domu, albo nie już na przejściu dla pieszych, żeby nie tracić czasu. Już się nie mogę doczekać! A ty co na to?
Ja byłem tak zaskoczony wypływem emocji Zuzy, że zdołałem wydobyć tylko:
-No...
-Ależ ty cholera wylewny derkacz jesteś. Nie pogadasz. dobra biegnę, bo moja 15 jedzie. Pa.
I Zuza pobiegła w stronę odjeżdżającego autobusu, a ja jeszcze chwilę musiałem przetwarzać natłok informacji.
I tak sielankowy dzień i piękna perspektywa błogiego lenistwa podczas świąt legła w gruzach!
Zuza jest w siódmym niebie! Wszystkie egzaminy w muzycznej zdane na same piątki, miłość do Barnaby kwitnie i do tego dzisiaj była ostatnia lekcja chemii w tym roku. Nic nie było w stanie popsuć jej humoru, nawet dwójka z matematyki. Do czasu!
Nadeszła rzeczona już chemia. Była to nasza siódma i ostatnia (Chwała Bogu!) lekcja. Nauczycielka rozdaje sprawdziany.
-Derkacz- dobry+, Nowicka- dobry, Zuza- dobry=.
-Pani chyba jaja sobie robi?!- wykrzyczała zupełnie niestosownie do nauczycielki Zuza.
Kobieta z pogardą na twarzy poprawiła wielkie, czarne okulary i odparła:
-Nie, nie robię sobie jaj. Jak nie chcesz czwórki to nie!
-Chcę, chcę! Przepraszam, bo to ze szczęścia. ja nigdy czwórki z chemii nie dostałam. Oprawię chyba w ramkę i nad łóżko!
-Kiedy dostaliście już sprawdziany proszę odwróćcie na drugą stronę i zobaczcie czy macie zaliczone nazewnictwo kwasów. Nie jest jednoznaczna pozytywna ocena z zaliczeniem- oznajmiła nauczycielka.
Nie muszę chyba dodawać, że nikt nie był szczęśliwy. Na całą klasę zaliczyła tylko Owca. Czemu mnie to nie dziwi?
Po powrocie do domu padło wiele niecenzuralnych słów. Niektóre słyszałem po raz pierwszy w życiu. Bałem się aż przerwać słowotoku Zuzy:
-Czy ją do reszty powaliło? ona chyba myśli, że ja to na prawdę umiem! Udało mi się przepisać wszystko ze ściągi, a nazewnictwa akurat cholera nie zdążyła. Jak chce to ja mogę przyjść i przepisać jej ze ściągi jeszcze raz! Proszę bardzo, nie widzę problemu! Czy ta chemia jest mi kurcze do czegoś w życiu potrzebna? Nie będę z dziećmi przed półką w supermarkecie, czy podczas koncertu w filharmonii liczyła jakichś gównianych kwasów. My zależy, żeby tą chemię tylko zdać i cześć jak czapka! I co teraz niby mam uczyć się całe święta chemii? No po prostu już wyciągam książkę i zaczynam! Zadanka zacznę robić w autobusie do domu, albo nie już na przejściu dla pieszych, żeby nie tracić czasu. Już się nie mogę doczekać! A ty co na to?
Ja byłem tak zaskoczony wypływem emocji Zuzy, że zdołałem wydobyć tylko:
-No...
-Ależ ty cholera wylewny derkacz jesteś. Nie pogadasz. dobra biegnę, bo moja 15 jedzie. Pa.
I Zuza pobiegła w stronę odjeżdżającego autobusu, a ja jeszcze chwilę musiałem przetwarzać natłok informacji.
I tak sielankowy dzień i piękna perspektywa błogiego lenistwa podczas świąt legła w gruzach!
środa, 16 grudnia 2009
Uru..., uru, uru...
Technologia Informacyjna jak co tydzień była dzisiaj na pierwszej lekcji. Klasa była otwarta, a nauczycielka siedziała w swoim magazynku i wydawała dziwne pojękiwania. Usiedliśmy przy komputerach i w klasie powstał duży szum. Każdy miał oczywiście sąsiadowi coś pasjonującego i niezwykle ważnego do przekazania.
nagle drzwi do magazynku otworzyły się z hukiem, a niewyraźnie wyglądająca informatyczka trzymając się kurczowo klamki zdołała wydobyć z siebie tylko:
-Uru... uru, uru...
W klasie zapadła cisza. Wszyscy poparzyli po sobie i nagle jak jeden mąż wybuchnęliśmy śmiechem chowając się pod biurkami, żeby nic nie zobaczyła. Nauczycielka kontynuowała:
-Uru..., Uru, uru...
Nadal nie słowa się nie kleciły w sensowną całość, ale kobieta nie dawała za wygraną:
-Uru..., uru, uru... chomić komputery i zrobić wszystkie zadania, które znajdziecie na pulpicie.- tyle zdołała wykrztusić i schowała się z powrotem. Z magazynku nie wyszła do końca lekcji. Wszyscy sikali ze śmiechu, a Nowicka tarzała się prawie po ziemi.
Nie wnikam co się stało pani profesor. Pozostaje mi się tylko domyślać. Stawiam na przewlekłą i bardzo groźną hipopotamią grypę!
Znalazłem dzisiaj w plecaku maleńki liścik o następującej treści:
"Rafał na klasowe mikołajki możesz mi kupić takie kolczyki w kształcie gwiazd, które widziałam w tym sklepie w centrum "Poranki i Wieczory". Za resztę coś wykombinujesz. K."
Po piśmie poznałem, ze to Owca, bo nikt z klasie nie pisze jak pierwszoklasistka poza nią. Prosiłem ją o podanie co chce dostać na mikołajki klasowe milion lat temu i dopiero teraz raczyła się pofatygować. I mam wydać całe 20 złotych na jakieś tandetne kolczyki- gwiazdy? No cóż nie dla każdego los jest łaskawy!
nagle drzwi do magazynku otworzyły się z hukiem, a niewyraźnie wyglądająca informatyczka trzymając się kurczowo klamki zdołała wydobyć z siebie tylko:
-Uru... uru, uru...
W klasie zapadła cisza. Wszyscy poparzyli po sobie i nagle jak jeden mąż wybuchnęliśmy śmiechem chowając się pod biurkami, żeby nic nie zobaczyła. Nauczycielka kontynuowała:
-Uru..., Uru, uru...
Nadal nie słowa się nie kleciły w sensowną całość, ale kobieta nie dawała za wygraną:
-Uru..., uru, uru... chomić komputery i zrobić wszystkie zadania, które znajdziecie na pulpicie.- tyle zdołała wykrztusić i schowała się z powrotem. Z magazynku nie wyszła do końca lekcji. Wszyscy sikali ze śmiechu, a Nowicka tarzała się prawie po ziemi.
Nie wnikam co się stało pani profesor. Pozostaje mi się tylko domyślać. Stawiam na przewlekłą i bardzo groźną hipopotamią grypę!
Znalazłem dzisiaj w plecaku maleńki liścik o następującej treści:
"Rafał na klasowe mikołajki możesz mi kupić takie kolczyki w kształcie gwiazd, które widziałam w tym sklepie w centrum "Poranki i Wieczory". Za resztę coś wykombinujesz. K."
Po piśmie poznałem, ze to Owca, bo nikt z klasie nie pisze jak pierwszoklasistka poza nią. Prosiłem ją o podanie co chce dostać na mikołajki klasowe milion lat temu i dopiero teraz raczyła się pofatygować. I mam wydać całe 20 złotych na jakieś tandetne kolczyki- gwiazdy? No cóż nie dla każdego los jest łaskawy!
wtorek, 15 grudnia 2009
Coraz bliżej Święta!
Nowicka jak zwykle wbiegła do szkoły o 8:10 spóźniona na religię, bo uznała, zupełnie nie wiedzieć czemu, jest ona mało ważnym przedmiotem i nie trzeba się bardzo spieszyć. Katechetka właśnie robiła nam kartkówkę z fragmentu Ewangelii o Zwiastowaniu. Nowicka szczerze jej nienawidziła! Ni była dość pobożną katoliczką. Wyznawała zasadę "jestem katolikiem wierzącym, lecz nie praktykującym". Na religię chodziła, bo rodzice jej kazali i nie miała najmniejszego zamiaru uczyć się, czytać i odpowiadać z czegokolwiek. W dodatku przez całą lekcję zawsze robi na przekór nauczycielce.
Na karetkach mięliśmy streścić fragment Ewangelii. Koleżanka Nowicka oczywiście drwiąc dostała dopuszczający, bo jak określiła to katechetka: "Wczuła się idealnie w sytuację i pokazała swoje emocje towarzyszące analizowaniu tekstu."
Nowicka na kartkówce natomiast napisała tak:
"Szczegółów treści niestety nie znam, bo nie widzę sensu w uczeniu się na pamięć tekstów Ewangelii. Jedyne co mi przychodzi na myśl, to wiem, że gdybym ja była Archaniołem Gabrielem, to na pewno bym się spóźniła ze zwiastowaniem i Dżizys urodziłby się dużo później. Jakoś bym się wytłumaczyła. Powiedziałabym na przykład, że autobus uciekł mi dosłownie sprzed nosa!"
Czasem zastanawiam się czy ona jest taka głupia czy tylko udaje. I jak ona się dostała do liceum?
Mama oznajmiła domownikom, że w tym roku będzie po raz pierwszy na święta żywa choinka. Kacper ma tylko prośbę, żeby choinka była duża, bo zmieści się więcej prezentów. Materialista! Ciekawe po kim on to ma?
tato oczywiście zaczął krzyczeć, ze oczywiście nikt w tym domu z nim nic nie uzgadnia, i że oczywiście się nie zgadza na żywą choinkę! Po długich pertraktacjach z mamą udało się go przekonać. I wybuchł kolejny konflikt. Tato chce małej skromnej choinki w doniczce, a mama dużej, prosto z lasu.
I jak tu z nimi żyć. Zwariować idzie. Każdy pretekst do kłótni jest rewelacyjny.
tak jak przypuszczałem. Nie minęło pół godziny obrazy majestatu i nierozmawiania ze sobą, tato chwycił za telefon i zamówił u kolegi leśnika dużą choinkę prosto z lasu na 23 grudnia.
Na karetkach mięliśmy streścić fragment Ewangelii. Koleżanka Nowicka oczywiście drwiąc dostała dopuszczający, bo jak określiła to katechetka: "Wczuła się idealnie w sytuację i pokazała swoje emocje towarzyszące analizowaniu tekstu."
Nowicka na kartkówce natomiast napisała tak:
"Szczegółów treści niestety nie znam, bo nie widzę sensu w uczeniu się na pamięć tekstów Ewangelii. Jedyne co mi przychodzi na myśl, to wiem, że gdybym ja była Archaniołem Gabrielem, to na pewno bym się spóźniła ze zwiastowaniem i Dżizys urodziłby się dużo później. Jakoś bym się wytłumaczyła. Powiedziałabym na przykład, że autobus uciekł mi dosłownie sprzed nosa!"
Czasem zastanawiam się czy ona jest taka głupia czy tylko udaje. I jak ona się dostała do liceum?
Mama oznajmiła domownikom, że w tym roku będzie po raz pierwszy na święta żywa choinka. Kacper ma tylko prośbę, żeby choinka była duża, bo zmieści się więcej prezentów. Materialista! Ciekawe po kim on to ma?
tato oczywiście zaczął krzyczeć, ze oczywiście nikt w tym domu z nim nic nie uzgadnia, i że oczywiście się nie zgadza na żywą choinkę! Po długich pertraktacjach z mamą udało się go przekonać. I wybuchł kolejny konflikt. Tato chce małej skromnej choinki w doniczce, a mama dużej, prosto z lasu.
I jak tu z nimi żyć. Zwariować idzie. Każdy pretekst do kłótni jest rewelacyjny.
tak jak przypuszczałem. Nie minęło pół godziny obrazy majestatu i nierozmawiania ze sobą, tato chwycił za telefon i zamówił u kolegi leśnika dużą choinkę prosto z lasu na 23 grudnia.
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Matura z biologii w klasie humanistycznej?
Dzisiaj miał być sprawdzian z biologii o którym nasza trójka oczywiście nie wiedziała! Zuza wpadła w panikę!
-Musimy coś zrobić! Jak dostanę kolejną jedynkę rodzice mnie z domu wyrzucą, obetną kieszonkowe, zabronią komputera, a co najgorsze, nie będę mogła chodzić do szkoły muzycznej.
-Spoko Zuza, nie panikuj! Wszystko załatwię! daj mi tylko chwilkę- uspokajała Nowicka.
I faktycznie Nowicka załatwiła. Trwało to w prawdzie dwie przerwy, ale nie dość, ze mieliśmy ściągi do skserowania, to jeszcze załatwiła pytania ze sprawdzianu dla obu grup i chłopaka, który nam to wszystko rozwiązał.
-Nowicka jesteś wielka. jak to załatwiłaś?- Zuza nie mogła się nadziwić i rzuciła się na szyję Nowickiej.
-Proszę cię, nie pytaj! Kosztowało mnie to randkę, obiecałam, że będę pozowała do sesji jednej dziewczynie i obiecać chłopakowi z 2c, że napiszę mu recenzję.
Cóż za poświęcenie dla biologii. Normalnie nie poznaję Nowickiej!
Przychodząc na lekcję nie miałem żadnej obawy, bo przecież miałem ze sobą "pomoce naukowe" i całą zdobytą przez ostatnie trzy przerwy wiedzę.
Niestety nie można liczyć w zupełności humorom nauczycieli i szczęśliwemu trafowi. Nauczycielka zamiast sprawdzianu wzięła do odpowiedzi cztery osoby: mnie, Nowicką i Zuzę i Owcę. Pech chciał, że nas! Oczywiście pewni siebie podeszliśmy do tablicy i czekaliśmy na pytania, które mięliśmy wykute niemalże na pamięć. Pytała nas zupełnie o coś innego. Jak ktoś z nas nie znał odpowiedzi, pytanie przechodziła na następną osobę. I tak wszystkie trafiały na Owcę, która oczywiście jak zwykle była obkuta. Klasa usiłowała nam podpowiadać, ale kobieta krzyczała tylko:
-Nie rozmawiać! Nie śmiać się!
Ktoś dodał:
-Nie oddychać!
I wtedy wybuchła! Zaczęła na nasz wrzeszczeć, ze się nie uczymy, że nic nie umiemy i jak my chcemy maturę zdać (matura z biologi w klasie humanistycznej?). cała złość przypadkowo skumulowała się na biednej Zuzie. Ta jako wrażliwa osoba potraktowała to dość osobiście i się rozpłakała.
Widząc to biologica jeszcze bardziej się rozkrzyczała na płaczącą koleżankę:
-I czego ty głupia krzyczysz? Czy ja ci krzywdę robię? Lepiej byś się biologii zaczęła uczyć, a nie ryczysz tylko! Pracuję już ponad dwadzieścia lat w tym zawodzie i jeszcze takiej klasy nigdy nie spotkałam! Ja przez was oszaleję! Powinnam leczyć się już w szpitalu psychiatrycznym, to znaczy wy powinniście! Widzicie do czego doprowadziliście?- i tu monolog został przerwany przez głęboki, rzewny płacz.- Nie dam się wykończyć, o nie!- i wybiegła z sali taka cała zapłakana.
Mam nadzieję, że na prawdę nie wyląduje z tym psychiatryku, bo w gruncie rzeczy nie była taka zła!
Kacper mnie wczoraj przychodzi do mnie do pokoju i czegoś szuka!
-Czego ty małolat szukasz?- pytam grzecznie.
-Nie masz tu może gdzieś gazetki z Biedronki?
-A po co ci gazetka z Biedronki?- pytam jeszcze grzecznie.
-No bo nie wiem czy tam mają zabawki z Benem10. Nie wiesz może?
-Nie wiem, ale jak chcesz kupić to na pewno w innych sklepach można je dostać.
-Ale na reklamie widziałem ostatnio, ze święty Mikołaj robi zakupy w Biedronce i chcę zobaczyć czy coś z tej listy, którą mu wystałem dostanę.
Za czasów mojego dzieciństwa wierzono, że zabawki są robione przez elfy w warsztacie świętego Mikołaja i stamtąd są rozwożone na cały świat, ale może jestem jakiś starodawny?!
-Musimy coś zrobić! Jak dostanę kolejną jedynkę rodzice mnie z domu wyrzucą, obetną kieszonkowe, zabronią komputera, a co najgorsze, nie będę mogła chodzić do szkoły muzycznej.
-Spoko Zuza, nie panikuj! Wszystko załatwię! daj mi tylko chwilkę- uspokajała Nowicka.
I faktycznie Nowicka załatwiła. Trwało to w prawdzie dwie przerwy, ale nie dość, ze mieliśmy ściągi do skserowania, to jeszcze załatwiła pytania ze sprawdzianu dla obu grup i chłopaka, który nam to wszystko rozwiązał.
-Nowicka jesteś wielka. jak to załatwiłaś?- Zuza nie mogła się nadziwić i rzuciła się na szyję Nowickiej.
-Proszę cię, nie pytaj! Kosztowało mnie to randkę, obiecałam, że będę pozowała do sesji jednej dziewczynie i obiecać chłopakowi z 2c, że napiszę mu recenzję.
Cóż za poświęcenie dla biologii. Normalnie nie poznaję Nowickiej!
Przychodząc na lekcję nie miałem żadnej obawy, bo przecież miałem ze sobą "pomoce naukowe" i całą zdobytą przez ostatnie trzy przerwy wiedzę.
Niestety nie można liczyć w zupełności humorom nauczycieli i szczęśliwemu trafowi. Nauczycielka zamiast sprawdzianu wzięła do odpowiedzi cztery osoby: mnie, Nowicką i Zuzę i Owcę. Pech chciał, że nas! Oczywiście pewni siebie podeszliśmy do tablicy i czekaliśmy na pytania, które mięliśmy wykute niemalże na pamięć. Pytała nas zupełnie o coś innego. Jak ktoś z nas nie znał odpowiedzi, pytanie przechodziła na następną osobę. I tak wszystkie trafiały na Owcę, która oczywiście jak zwykle była obkuta. Klasa usiłowała nam podpowiadać, ale kobieta krzyczała tylko:
-Nie rozmawiać! Nie śmiać się!
Ktoś dodał:
-Nie oddychać!
I wtedy wybuchła! Zaczęła na nasz wrzeszczeć, ze się nie uczymy, że nic nie umiemy i jak my chcemy maturę zdać (matura z biologi w klasie humanistycznej?). cała złość przypadkowo skumulowała się na biednej Zuzie. Ta jako wrażliwa osoba potraktowała to dość osobiście i się rozpłakała.
Widząc to biologica jeszcze bardziej się rozkrzyczała na płaczącą koleżankę:
-I czego ty głupia krzyczysz? Czy ja ci krzywdę robię? Lepiej byś się biologii zaczęła uczyć, a nie ryczysz tylko! Pracuję już ponad dwadzieścia lat w tym zawodzie i jeszcze takiej klasy nigdy nie spotkałam! Ja przez was oszaleję! Powinnam leczyć się już w szpitalu psychiatrycznym, to znaczy wy powinniście! Widzicie do czego doprowadziliście?- i tu monolog został przerwany przez głęboki, rzewny płacz.- Nie dam się wykończyć, o nie!- i wybiegła z sali taka cała zapłakana.
Mam nadzieję, że na prawdę nie wyląduje z tym psychiatryku, bo w gruncie rzeczy nie była taka zła!
Kacper mnie wczoraj przychodzi do mnie do pokoju i czegoś szuka!
-Czego ty małolat szukasz?- pytam grzecznie.
-Nie masz tu może gdzieś gazetki z Biedronki?
-A po co ci gazetka z Biedronki?- pytam jeszcze grzecznie.
-No bo nie wiem czy tam mają zabawki z Benem10. Nie wiesz może?
-Nie wiem, ale jak chcesz kupić to na pewno w innych sklepach można je dostać.
-Ale na reklamie widziałem ostatnio, ze święty Mikołaj robi zakupy w Biedronce i chcę zobaczyć czy coś z tej listy, którą mu wystałem dostanę.
Za czasów mojego dzieciństwa wierzono, że zabawki są robione przez elfy w warsztacie świętego Mikołaja i stamtąd są rozwożone na cały świat, ale może jestem jakiś starodawny?!
piątek, 11 grudnia 2009
Panie władzo pouczenie wystarczy w zupełności!
Zuza wpadła do szkoły cholernie zdenerwowana i zmachana.
-Co się stało?- podpytujemy z Nowicką, ale Zuza niechętnie nam opowiada.
-Nie... nie ważne!
-No opowiadaj Zuza, bo pęknę z ciekawości!- ponaglała Nowicka.
-Biegłam rano do szkoły z wiolonczelą na plecach, już godzina 7:50, a ja jeszcze jej nie odniosłam do mamy pracy. Myślę sobie, "Jak pójdę raz z nią do szkoły nic się nie stanie! Zostawię w szatni." I biegnę ja przez rynek, pierwsza matma, a jak się spóźnię to mnie zapyta! Przebiegam przez pasy, a tu zza rogu jakby z pod ziemi wynurza się strażnik miejski! Szlag by go jasny... Nie miał gdzie akurat patrolować. Podchodzi do mnie, a ja udaję, że w ogóle nie wiem o co chodzi. Otwiera notesik i mówi: "A pani to gdzie się tak śpieszy?" Tłumaczę grzecznie, że do szkoły się zaraz spóźnię, a pierwsza matematyka, i że to pierwszy i ostatni raz, i że bardzo przepraszam. Zaczął się wywiad. jak się nazywam, gdzie do szkoły, a i że muzyk na wiolonczeli gram. Spostrzegawczy kurcze! Na wszystkie pytania grzecznie odpowiadam. Jak przyszło do wieku, że mam 16 lat, zatrzymał się i jak gdyby nigdy nic zapytał: "A to pani nie pracuje i nie zarabia". Mówię, że nie, a rodzice to nie za bardzo na mandat. A on pyta, więc co ja proponuję? No pouczenie panie władzo i chwalę policję, straż, służby porządkowe. On tak słucha, słucha, zamknął notesik i kazał zmykać, tylko tym razem powoli.
Zuza oczywiście po tak długiej rozmowie z "władzą" spóźniła się na matematykę i oczywiście została zapytana i oczywiście dostała jedynkę. A ja stając w obronie Zuzy także zostałem wzięty do odpowiedzi. Niepotrzebnie się odzywałem! Wydaje mi się, że chyba może lepiej by było zapłacić te 50 złotych, ale przynajmniej być bezpiecznym na lekcji?
Kacper, mój pięcioletni młodszy brat czasami wydaje mi się, że jest zacofany w rozwoju. Z opowiadań słyszę, ze ja byłem nad wyraz sprytny i inteligentny, ale to co on czasem wygaduje, to przechodzi ludzkie pojęcie! Może to i śmieszne, ale mieszkaj tu z takimi, jak oni wszyscy tak mają w tej rodzinie, oprócz mnie oczywiście!
Po długiej kąpieli wczoraj wchodzi do mnie do pokoju smutny.
Pytam co się stało? A on na to:
-Rafał, ty mi już nie pozwalaj się więcej kąpać, dobra?
-Ale dlaczego? Trzeba się kąpać, bo będziesz śmierdział!- tłumaczę młodemu.
-Nie pozwalaj mi, wiem co mówię. Bo ja się przez tą kąpiel robię stary!- odpowiada mój błyskotliwy brat.
-Co? W życiu większej głupoty nie słyszałem! Jak to stary?
-No tak, mam dowody!- jaki wyszczekany, ma dowody!- popatrz jakie mam ręce pomarszczone! Już nie chcę myśleć co będzie jak ja będę się tak przez rok kąpać! Zestarzeję się jak dziadek!
No i tłumaczę mu jak krowie na rowie, że to się tak zawsze od wody robi. on zrobił wielkie oczy i mówi:
-Nieprawda, ja swoje wiem. Ty tak mówisz, żebym ja się szybko stary zrobił. Nie rozmawiam z tobą!
wyszedł i trzasnął drzwiami.
-Co się stało?- podpytujemy z Nowicką, ale Zuza niechętnie nam opowiada.
-Nie... nie ważne!
-No opowiadaj Zuza, bo pęknę z ciekawości!- ponaglała Nowicka.
-Biegłam rano do szkoły z wiolonczelą na plecach, już godzina 7:50, a ja jeszcze jej nie odniosłam do mamy pracy. Myślę sobie, "Jak pójdę raz z nią do szkoły nic się nie stanie! Zostawię w szatni." I biegnę ja przez rynek, pierwsza matma, a jak się spóźnię to mnie zapyta! Przebiegam przez pasy, a tu zza rogu jakby z pod ziemi wynurza się strażnik miejski! Szlag by go jasny... Nie miał gdzie akurat patrolować. Podchodzi do mnie, a ja udaję, że w ogóle nie wiem o co chodzi. Otwiera notesik i mówi: "A pani to gdzie się tak śpieszy?" Tłumaczę grzecznie, że do szkoły się zaraz spóźnię, a pierwsza matematyka, i że to pierwszy i ostatni raz, i że bardzo przepraszam. Zaczął się wywiad. jak się nazywam, gdzie do szkoły, a i że muzyk na wiolonczeli gram. Spostrzegawczy kurcze! Na wszystkie pytania grzecznie odpowiadam. Jak przyszło do wieku, że mam 16 lat, zatrzymał się i jak gdyby nigdy nic zapytał: "A to pani nie pracuje i nie zarabia". Mówię, że nie, a rodzice to nie za bardzo na mandat. A on pyta, więc co ja proponuję? No pouczenie panie władzo i chwalę policję, straż, służby porządkowe. On tak słucha, słucha, zamknął notesik i kazał zmykać, tylko tym razem powoli.
Zuza oczywiście po tak długiej rozmowie z "władzą" spóźniła się na matematykę i oczywiście została zapytana i oczywiście dostała jedynkę. A ja stając w obronie Zuzy także zostałem wzięty do odpowiedzi. Niepotrzebnie się odzywałem! Wydaje mi się, że chyba może lepiej by było zapłacić te 50 złotych, ale przynajmniej być bezpiecznym na lekcji?
Kacper, mój pięcioletni młodszy brat czasami wydaje mi się, że jest zacofany w rozwoju. Z opowiadań słyszę, ze ja byłem nad wyraz sprytny i inteligentny, ale to co on czasem wygaduje, to przechodzi ludzkie pojęcie! Może to i śmieszne, ale mieszkaj tu z takimi, jak oni wszyscy tak mają w tej rodzinie, oprócz mnie oczywiście!
Po długiej kąpieli wczoraj wchodzi do mnie do pokoju smutny.
Pytam co się stało? A on na to:
-Rafał, ty mi już nie pozwalaj się więcej kąpać, dobra?
-Ale dlaczego? Trzeba się kąpać, bo będziesz śmierdział!- tłumaczę młodemu.
-Nie pozwalaj mi, wiem co mówię. Bo ja się przez tą kąpiel robię stary!- odpowiada mój błyskotliwy brat.
-Co? W życiu większej głupoty nie słyszałem! Jak to stary?
-No tak, mam dowody!- jaki wyszczekany, ma dowody!- popatrz jakie mam ręce pomarszczone! Już nie chcę myśleć co będzie jak ja będę się tak przez rok kąpać! Zestarzeję się jak dziadek!
No i tłumaczę mu jak krowie na rowie, że to się tak zawsze od wody robi. on zrobił wielkie oczy i mówi:
-Nieprawda, ja swoje wiem. Ty tak mówisz, żebym ja się szybko stary zrobił. Nie rozmawiam z tobą!
wyszedł i trzasnął drzwiami.
środa, 2 grudnia 2009
Macie w głowie bigos!
Mamy nową nauczycielkę od fizyki. Słyszeliśmy, że istny kosmos. I rzeczywiście! Przez całe życie nie naśmiałem się tyle co podczas tej jednej lekcji. Na początku przedstawiła się, wyjaśniła jaki ma system oceniania i powiedziała, że od razu bierze się do pracy. Kobieta dość dużych gabarytów strasznie się plątała w tym co mówi. Kreśliła na tablicy przez pół lekcji jakieś niezrozumiałe wzory, coś próbowała nam wytłumaczyć po czym powiedziała:
-Ale to jest dla klas z rozszerzoną fizyką i to was nie będzie obowiązywać!- po czym zmazała wszystko.
W klasie zawrzało. Wszyscy zaczęli komentować, przekrzykiwać się nawzajem i śmiać z błędów językowych nowej fizyczki. Kobieta wychodziła z siebie. zaczęła na nas krzyczeć, że nie będzie tego tolerować dłużej, i że zaczyna nas dzisiaj pytać. W klasie momentalnie ucichło.
-Jeszcze was nie znam, więc do odpowiedzi...
I tu następuje ten znienawidzony przez uczniów moment napięcia, ciszy i modlitw "Panie Boże żeby mnie tylko nie zapytała!"
-...do odpowiedzi pani Nowicka, zapraszam.
Nowicką oblał zimny pot, a w klasie słychać było tylko "ufff". Podeszła do tablicy i coś tam próbowała odpowiedzieć na pytania wzięte chyba z kosmosu. Ktoś z klasy stanął w obronie Nowickiej:
-Proszę pani, ale my jeszcze tego nie przerabialiśmy!
Na to fizyczka zagotowała się:
-Ale mnie to nie interesuje. Proszę się nie odzywać w tej chwili, bo ja z wami nie rozmawiam. Wy i tak macie w głowie bigos i nie jesteście na moim poziomie intelektualnym. ja rozmawiam w tej chwili z panią Nowicką, jestem teraz cała dla niej. To jest teraz moje dziecko szczęścia! No mów kochanie, mamusia słucha!- zakończyła czule.
Nowicą zamurowało i popatrzyła tylko z pogardą na kobiecinę. Fizyczka się chyba zapomniała i po zadaniu pytania sama sobie na nie odpowiadała. W rezultacie Nowicka dostała dobry z +, a fizyczka chyba będzie musiała pójść na jakąś terapię przed następną lekcją z nami.
-Ale to jest dla klas z rozszerzoną fizyką i to was nie będzie obowiązywać!- po czym zmazała wszystko.
W klasie zawrzało. Wszyscy zaczęli komentować, przekrzykiwać się nawzajem i śmiać z błędów językowych nowej fizyczki. Kobieta wychodziła z siebie. zaczęła na nas krzyczeć, że nie będzie tego tolerować dłużej, i że zaczyna nas dzisiaj pytać. W klasie momentalnie ucichło.
-Jeszcze was nie znam, więc do odpowiedzi...
I tu następuje ten znienawidzony przez uczniów moment napięcia, ciszy i modlitw "Panie Boże żeby mnie tylko nie zapytała!"
-...do odpowiedzi pani Nowicka, zapraszam.
Nowicką oblał zimny pot, a w klasie słychać było tylko "ufff". Podeszła do tablicy i coś tam próbowała odpowiedzieć na pytania wzięte chyba z kosmosu. Ktoś z klasy stanął w obronie Nowickiej:
-Proszę pani, ale my jeszcze tego nie przerabialiśmy!
Na to fizyczka zagotowała się:
-Ale mnie to nie interesuje. Proszę się nie odzywać w tej chwili, bo ja z wami nie rozmawiam. Wy i tak macie w głowie bigos i nie jesteście na moim poziomie intelektualnym. ja rozmawiam w tej chwili z panią Nowicką, jestem teraz cała dla niej. To jest teraz moje dziecko szczęścia! No mów kochanie, mamusia słucha!- zakończyła czule.
Nowicą zamurowało i popatrzyła tylko z pogardą na kobiecinę. Fizyczka się chyba zapomniała i po zadaniu pytania sama sobie na nie odpowiadała. W rezultacie Nowicka dostała dobry z +, a fizyczka chyba będzie musiała pójść na jakąś terapię przed następną lekcją z nami.
wtorek, 1 grudnia 2009
Turne po Wrocławiu
Wrocław w gruncie rzeczy do południa jest cudny! Mimo godzin szkolno-pracujących miast tętni życiem. Było gdzieś koło 10, a z dworca poszliśmy prosto coś zjeść. Krótkie śniadanie i wystawa w galerii sztuki, gdzie Nowicka sikała, widząc dzieła swoich malarskich impresjonistycznych idoli. Spędziliśmy tam ponad godzinę, bo i wystawa była pokaźna. Nowicka studiowała dokładnie każdy obraz. W gruncie rzeczy nam też się podobało, ale nie mogliśmy pokazać tego Nowickiej, bo wyszłoby, że wygrała a wyjazd był rewelacyjnym pomysłem. Następnie niczym Galerianki odbyliśmy turne po wrocławskich sklepach. Co prawda ani Zuza, a ni Nowicka nie proponowały nikomu "loda za parę dżinsów", czuliśmy się trochę nieswojo, ze podczas szkoły bezkarnie spacerujemy sobie, a nasza klasa pisze trzy sprawdziany. Kolejnym i ostatnim punktem programu był rzeczony już pokaz mody. Przeżycie ciekawe. Więcej było co prawda damskich ubiorów, ale męskich także nie brakowało. Nowicka mówiła, że czuła się jak Carrie Bradshaw, no ja nie za bardzo! W okolicach popołudniowych wróciliśmy grzecznie do domu. Już w pociągu trzeba było się zastanowić jak trzeba będzie usprawiedliwić ten nieobecny dzień no i czy mówimy rodzicom!
Na zakończenie Nowicka tylko rzuciła z uśmiechem:
-To jak Wrocław dla nas pestka to następny będzie Londyn, potem Paryż, a potem kto wie...
Zmieszani nie wiedzieliśmy co powiedzieć, bo Nowicka jest do tego wszystkiego zdolna!
W domu niemalże rozwód wisi w powietrzu! Rodzice kłócą się o kuchenne kafelki. Mama kupiła nowe kafelki do kuchni i załatwiła już majstra budowlanego. tato obrażony nie wiadomo o co. Wreszcie przemówił!
-Bo wy się nigdy nie liczycie z moim zdaniem! Nikt mnie nie pyta, tylko sami decydujecie i jeszcze chcecie, żebym temu przytakiwał! Nikt nie pyta mnie o zdanie, jak zwykle!
-Przecież ci mówiłam już rok temu, ze trzeba to zrobić. Nie wiem o co ci chodzi, ty tego nie będziesz i tak robił, tylko "specjalista"!- tłumaczy się mama.
-Tak, jeszcze na mnie zwalcie wszystko! Może w ogóle to wszystko jest moja wina! Zawsze jest moja wina!- krzyczy tato.
A dogadaj tu się z nimi! Nie odzywają się do siebie a jak już to tylko w jednej kwestii- kafelek i spisku przeciwko tacie. Mogę się założyć, ze za kilka dni sam pojedzie odebrać do sklepu te kafelki! A mówią, że szesnastolatkowie mają łatwe i bezstresowe życie. Autor tej tezy nie mieszkał w moim domu!
Na zakończenie Nowicka tylko rzuciła z uśmiechem:
-To jak Wrocław dla nas pestka to następny będzie Londyn, potem Paryż, a potem kto wie...
Zmieszani nie wiedzieliśmy co powiedzieć, bo Nowicka jest do tego wszystkiego zdolna!
W domu niemalże rozwód wisi w powietrzu! Rodzice kłócą się o kuchenne kafelki. Mama kupiła nowe kafelki do kuchni i załatwiła już majstra budowlanego. tato obrażony nie wiadomo o co. Wreszcie przemówił!
-Bo wy się nigdy nie liczycie z moim zdaniem! Nikt mnie nie pyta, tylko sami decydujecie i jeszcze chcecie, żebym temu przytakiwał! Nikt nie pyta mnie o zdanie, jak zwykle!
-Przecież ci mówiłam już rok temu, ze trzeba to zrobić. Nie wiem o co ci chodzi, ty tego nie będziesz i tak robił, tylko "specjalista"!- tłumaczy się mama.
-Tak, jeszcze na mnie zwalcie wszystko! Może w ogóle to wszystko jest moja wina! Zawsze jest moja wina!- krzyczy tato.
A dogadaj tu się z nimi! Nie odzywają się do siebie a jak już to tylko w jednej kwestii- kafelek i spisku przeciwko tacie. Mogę się założyć, ze za kilka dni sam pojedzie odebrać do sklepu te kafelki! A mówią, że szesnastolatkowie mają łatwe i bezstresowe życie. Autor tej tezy nie mieszkał w moim domu!
wtorek, 24 listopada 2009
Wrocław nie koniec świata!
Telefon o 7 od Nowickiej:
-Derkacz musimy się we trójkę pod tą małą kawiarnią na rogu, wiesz tam gdzie zawsze. A! I weź jakieś pieniądze ze sobą. Wszystko ci wytłumaczę na miejscu.
No i byliśmy pod kawiarnią z Zuzą, tylko Nowickiej jak zwykle nie było! Przybiegła zmachana i przystanku, krzycząc:
-Nie uwierzycie! Autobus mi uciekł.
-No uwierzymy, bo zawsze ci ucieka- skwitowała Zuza.-No mów o co chodzi, bo spieszy mi się, trzeba polski przepisać od kogoś.
-Jedziemy do Wrocławia!- oznajmiła zupełnie spokojnie Nowicka.
-Co? Ale po co my do tego Wrocławia?- zdziwiła się Zuza.
-No jest taka świetna wystawa obrazów impresjonistycznych i świetny pokaz mody. Pojedziemy zabawimy się i wrócimy.
-Ale ja mam muzyczną i w ogóle rodzice nic nie wiedzą!
-Nowicka to nie jest dobry pomysł akurat dzisiaj. Zaplanujmy to i kiedy indziej pojedziemy co?- aż sam się zdziwiłem, że to powiedziałem!
-Nie wiem jak wy, ale ja jadę.
-W takim razie ja też jadę.
I nas wmurowało! Poukładana i ugrzeczniona Zuza zgadza się na takie "szaleństwo"? A co na to rodzice?!:P
Muzyczna nie zając, Wrocław nie koniec świata, a rodzice? Niech się przyzwyczajają, że dorastam i sama o sobie decyduje.
-To jak Derkacz jedziesz z nami?
-No jak Zuza jedzie to ja nie odpuszczę takiej okazji- odpowiedziałem i pojechaliśmy!
c.d.n.
A tak nawiasem mówiąc jak już mieć pecha to na maksa! Nie zagniecie komu kupuję prezent na mikołajki? Wylosowałem OWCĘ! I co ja jej kupię? Wszyscy oczywiście zamiast mi pomagać to po prostu drwią! Nowicka się śmieje, ze powinienem upiec jej takiego piernika jak zawsze zakochane dziewczyny w Ameryce pieką i oblać czerwonym lukrem. Tak, tak, za dużo amerykańskich seriali i filmów!
Co ja mam jej do cholery jasnej kupić?
-Derkacz musimy się we trójkę pod tą małą kawiarnią na rogu, wiesz tam gdzie zawsze. A! I weź jakieś pieniądze ze sobą. Wszystko ci wytłumaczę na miejscu.
No i byliśmy pod kawiarnią z Zuzą, tylko Nowickiej jak zwykle nie było! Przybiegła zmachana i przystanku, krzycząc:
-Nie uwierzycie! Autobus mi uciekł.
-No uwierzymy, bo zawsze ci ucieka- skwitowała Zuza.-No mów o co chodzi, bo spieszy mi się, trzeba polski przepisać od kogoś.
-Jedziemy do Wrocławia!- oznajmiła zupełnie spokojnie Nowicka.
-Co? Ale po co my do tego Wrocławia?- zdziwiła się Zuza.
-No jest taka świetna wystawa obrazów impresjonistycznych i świetny pokaz mody. Pojedziemy zabawimy się i wrócimy.
-Ale ja mam muzyczną i w ogóle rodzice nic nie wiedzą!
-Nowicka to nie jest dobry pomysł akurat dzisiaj. Zaplanujmy to i kiedy indziej pojedziemy co?- aż sam się zdziwiłem, że to powiedziałem!
-Nie wiem jak wy, ale ja jadę.
-W takim razie ja też jadę.
I nas wmurowało! Poukładana i ugrzeczniona Zuza zgadza się na takie "szaleństwo"? A co na to rodzice?!:P
Muzyczna nie zając, Wrocław nie koniec świata, a rodzice? Niech się przyzwyczajają, że dorastam i sama o sobie decyduje.
-To jak Derkacz jedziesz z nami?
-No jak Zuza jedzie to ja nie odpuszczę takiej okazji- odpowiedziałem i pojechaliśmy!
c.d.n.
A tak nawiasem mówiąc jak już mieć pecha to na maksa! Nie zagniecie komu kupuję prezent na mikołajki? Wylosowałem OWCĘ! I co ja jej kupię? Wszyscy oczywiście zamiast mi pomagać to po prostu drwią! Nowicka się śmieje, ze powinienem upiec jej takiego piernika jak zawsze zakochane dziewczyny w Ameryce pieką i oblać czerwonym lukrem. Tak, tak, za dużo amerykańskich seriali i filmów!
Co ja mam jej do cholery jasnej kupić?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
